|
|
|
|
Mithlond, Laer 2002, nr 134 |
|
|
|
|
|
Niepostrzeżenie nadeszło lato. Pory roku zmieniają się tak szybko...Na drzewach pojawiły się już pierwsze zawiązki owoców : drobniutkie żołędzie, jasnopomarańczowa jarzębina, zielone orzechy...natura jest zdumiewająca. To smutne jednak, że liście już niedługo zżółkną i opadną, a Elf musi trwać.... Ale precz smutki! Siedząc pod rozgwieżdżonym niebem, na przystani w Mithlond, przypominam sobie różne śmieszne historie, jak na przykład tą ze smokiem i Hobbitami. Gadzina, jak się okazało, należała do gatunku smoków zimnych i co tu kryć, nie imponowała gabarytami. Żeby jednak nie podważać bohaterstwa Hobbitów, muszę nadmienić, że najtchórzliwsza z pewnością nie była. W
chwili gdy podziwiałam piękno buków, porastających pagórki Mrocznej
Puszczy, Tom i Frodo myszkowali po jaskiniach. Niestety „kopali za głęboko”.
;) Głośny krzyk przerażenia poderwał mnie z miejsca. Brzęknęła stal
mojego Timeag. ;P Z
urywanych relacji zdyszanych Hobbitów, wyłonił się obraz przerażającego
potwora ziejącego ogniem oraz mocne postanowienie natychmiastowego
opuszczenia tego urokliwego miejsca. Oczywiście musiałam sprawdzić, co
to za bestia pustoszy Mirkwood.
A
Hobbici postanowili nie zostawiać mnie samej w obliczu tego straszliwego
niebezpieczeństwa. Wierzcie lub nie, mały to ludek, ale hartu ducha odmówić
mu nie można. -Glurp-
jęknął tylko Tom i cicho podążyliśmy na zwiad. Rzeczywiście,
przed jaskinią leżał smok. Mimo, że niewątpliwie należał do smoków
zimnych, nie miał skrzydeł. Ogon za to posiadał imponujący, a trzeba
wam wiedzieć, drodzy czytelnicy, że takim ogonem potrafią smoki
zdumiewająco szybko i precyzyjnie operować, niczym balrogi ognistym
biczem. Nasze smoczysko było jednak grube i wyglądało na wyjątkowo
niewyspane. Nagle ziewnęło, odsłaniając rząd lśniących, długich zębów.
Niezłe byłyby na koraliki, pomyślałam, kiedy ktoś pociągnął mnie
za kaptur. Toma zdecydowanie nie zainteresował widok uzębienia bestii. -Idziemy
Nifrodel – powiedział szeptem nie znoszącym sprzeciwu. Cóż,
pożegnałam spojrzeniem pełnym żalu smoka. Niech sobie jeszcze żyje.
Mam znajomego błędnego krasnoluda, Neratina, który w wolnych chwilach
pisze traktaty o smokach. Martwych smokach. ;) Dam mu cynk. Hobbicka
opowieść, w miarę oddalania się od siedziby gada, rosła w coraz
bogatsze szczegóły. Ale nie będę im psuć przyjemności, niech
opowiedzą sami.J Wsiedliśmy
na nasze wierzchowce i pokłusowaliśmy dalej, Po kilku godzinach nasz
przewodnik, Frodo, dostrzegł znajomą dróżkę, skąd widać już było
ruiny zamku Czarnoksiężnika. Ponieważ naszej kompani od dawna kiszki
grały marsza, postanowiliśmy zatrzymać się na małe conieco. Kiedy
Frodo i Tom wyciągnęli wiktuały, zamierzony skromny posiłek zamienił
się w prawdziwą ucztę. Głównym kuchmistrzem został Frodo, podczas
gdy ja i Tom rozeszliśmy się w poszukiwaniu suchych gałęzi na opał.
Rzecz jasna Hobbit nie byłby sobą, gdyby nie wpakował się w tarapaty.
Ruiny dziwnie magnetycznie ciągnęły Toma ,który kręcąc się dotarł
aż do stóp zamku. Cień zgęstniał wokół niego, dróżka nagle urwała
się i znikła, aż zdezorientowany Hobbit zaczął niepewnie wołać: -Hop
hop...., Nifroooodel, Frooooodo... Nio
i się doczekał. Ruiny nagle ożyły, a na szczycie zamku Tom dostrzegł
ciemną postać. Więcej hobbitowi nie było trzeba. Pędząc, jakby go
goniło stado orków, wpadł na mnie, rozwalając troskliwie zbieraną naręcz
gałęzi. -Nifrodel....na...zamku.....ktoś
jest....-wysapał. -Kto?
– spytałam nawet zaciekawiona, jak już otrzepałam się z piasku i
liści. -Jakaś
postać...ciemna...no wiesz...hm....glurp...- relacja Hobbita była tym
razem wyjątkowo obrazowa. I wtedy właśnie, doszedł nas z wiatrem
zapach pieczonych kiełbasek...Zgodnie postanowiliśmy spożyć wpierw, być
może ostatni nasz posiłek. J
Co
stało się później, opowiemy następnym razem.
Historię tę spisali dla Was Nifrodel, Tom Goold i Frodo Maggot
|
|
|
Jeszcze raz to samo, ale trochę inaczej |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|

