Moczary, Chithing 2002, nr 131

 

 

Dwa miesiące (styczeń, luty) w Bibliotece Publicznej w Myśliborzu (woj. zachodniopomorskie) trwała wystawa z okazji 110 rocznicy urodzin J. R. R. Tolkiena zatytułowana „Człowiek i mit”. Głównym organizatorem, pomysłodawcą i wykonawcą była Sekcja Tolkienowska Parmadili reprezentowana przeze mnie (tak wygląda zamaskowana skromność), zaś swoich pomieszczeń (historycznych i nastrojowych) udzieliła Dyrekcja Biblioteki.

 

W dniu 17 stycznia 2002 roku o godzinie 17 rozpoczęło się spotkanie z miłośnikami Tolkiena, którego prowadzącym byłem sam, choć przyznaję, że duchy pozostałych „miłośników ksiąg” stały w dumnym orszaku ze mną. Atmosferę spotkania w dużym stopniu wytworzyła średniowieczna sala klasztoru podominikańskiego z kryształowym sklepieniem (niestety nie ma jej na zdjęciach). Program zakładał pokaz filmu o Tolkienie (tego o tolkienowskim LSD), a także Władcy animowanego. Oczywiście, pytania i obecność niektórych osób (w sumie uczestników spotkania było około dwudziestu) wiązała się głównie z Tym Filmem. Niemniej, udało mi się powiedzieć trochę o Parmadili, a także zareklamować najbardziej znaną mi witrynę poświęconą  twórczości Tolkiena (nie muszę chyba mówić, którą konkretnie mam na myśli). Wiadomość, że widziałem już film, a do 17 stycznia spędziłem przed monitorem ponad 700 minut, wzbudziła zdziwienie i jednocześnie ciekawość. Kolejna wiadomość, że i zebrani mogą obejrzeć film spowodowała: po pierwsze, nagłe poszukiwanie komputera, po drugie, nagłe poszukiwanie w miarę normalnego monitora, po trzecie, telefony do rodzinnych norek, w celu uspokojenia mam i tatusiów i po czwarte, rezygnację z malowanki. Koniec końców, myśliborska przedpremiera zamieniła się w godzinny trailer, bo komputer musiał wracać do norki, a najmłodsze hobbiciątka powinny dawno być w łóżeczkach. Spotkanie skończyło się samo z siebie i całkiem nieoczekiwanie – minęła 22.

 

Wystawę odwiedziło wiele osób, także wycieczek szkolnych. Efektem jednej z nich było zniknięcie, i to bez żadnych magicznych obrączek, pierwszego tomu Władcy wydawnictwa Amber. Jak miło usłyszeć, że ulubiona lektura wzbudza aż takie emocja. Dlaczego jednak ktoś zabrał akurat mój egzemplarz? Okazało się jednak, że było to tylko zniknięcie i książka pojawiła się na swoim miejscu. Wiem także, że o wystawę dopytywali się reporterzy jednej z gazet regionalnych, ale nie są mi znane efekty ich ciekawości. W każdym bądź razie myślę, że wszystko przebiegło sprawnie i całkiem przyzwoicie, a wystawa troszeczkę pokolorowała szarozimowy krajobraz miasteczka powiatowego.

 

Cezary Karolczak