Moczary, Solmath 2002, nr 129

 

 

Film Władca Pierścieni wchodzi na ekrany polskich kin dopiero teraz, ale niektórzy z nas mieli okazję zobaczyć go już wcześniej – 12 stycznia 2002. Poniżej znajdziecie sprawozdanie z naszej wyprawy do Ostrawy oraz recenzję samego filmu.

TG & GM

*

A jednak się udało! Wyjazd na film Władca Pierścieni. Drużyna Pierścienia do Ostrawy odbył się, film obejrzeliśmy, a potem szczęśliwie powróciliśmy do Katowic... Ale zacznijmy od początku...

Gdy wczesnym rankiem przybyliśmy na miejsce zbiórki czekało już tam na nas wielu tolkienistów... Tak, że gdy podjechał nasz autokar nie musieliśmy już na nikogo czekać i wyjechaliśmy zgodnie z planem o 10.50. Po krótkim powitaniu uczestników i dopełnieniu ostatnich formalności puściliśmy na video film dokumentalny o kulisach powstawania filmu Petera Jacksona, ale na wyraźną (i powtórzoną trzykrotnie) prośbę wycieczkowiczów przerwaliśmy jego emisję. Większość zdecydowała, że chętnie obejrzy film, ale dopiero w drodze powrotnej... Na szczęście mieliśmy jeszcze kasetę z filmem o samym Tolkienie, a jego projekcja nie spotkała się z niczyim sprzeciwem. Granicę Republiki Czeskiej przekroczyliśmy bez problemów i bardzo szybko, dzięki czemu w Ostrawie byliśmy o 13.45. Okazało się, że przyjechaliśmy do największego w okolicy Centrum Handlowego Futurum, którego częścią jest – otwarty 16 listopada 2001 – ośmiosalowy multipleks CineStar. Daliśmy naszym wycieczkowiczom dwie godziny czasu wolnego, a sami poszliśmy dopełnić formalności związanych z biletami. I tu zostaliśmy mile zaskoczeni. Wiedzieliśmy, że mamy rezerwację z największej sali multipleksu, ale nie spodziewaliśmy się, że Czesi zarezerwowali dla nas najlepsze miejsce. Okazało się, że rzędy D, E i F znajdują się w tylnej części sali! Na dodatek potraktowano nas wyjątkowo sympatycznie i zaproszono na małą wycieczkę po zapleczu kina. Po raz pierwszy widzieliśmy jak wyświetla się filmy w nowoczesnym kinie... Po tym wszystki zostaliśmy również obdarowani plakatami Władcy (jeden z nich został rozlosowany w autokarze) i fotosami z filmu...

Godzina seansu nadeszła wyjątkowo szybko. Rozdanie biletów też poszło sprawnie, więc już przed 16.30 zasiedliśmy w wygodnych fotelach... Nagle wyszedł człowiek z obsługi, powitał wszystkich na seansie Drużyny Pierścienia i powiedział, że niestety wystąpiły problemy techniczne. Na szczęście żartował (ot takie czeskie poczucie humoruJ). Obejrzeliśmy m.in. zwiastuny filmów Gwiezdne Wojny. Atak Klonów (z czeskim dubbingiem), Epoka lodowcowa oraz Z piekła rodem. A potem... a potem się zaczęło... (nasze wrażenia opisaliśmy w osobnych recenzjach) Jedyna uwaga – dlaczego ten film był taki krótki?J

W stronę Katowic wyruszyliśmy punktualnie o 20.15, a dzięki naszemu wspaniałemu kierowcy znów bez problemów pokonaliśmy granicę. Po drodze puściliśmy wreszcie nasz „zaległy” film i wśród wycieczkowiczów rozlosowaliśmy cenne nagrody. Niestety, pogoda spłatała nam niemiłego figla – w międzyczasie spadł śnieg i drogi były oblodzone, więc musieliśmy jechać nieco wolniej. Przybyliśmy do Katowic z blisko półgodzinnym opóźnieniem w stosunku do harmonogramu. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie razem i rozeszliśmy się w cztery strony świata. Pełni wrażeń i przygód wracaliśmy do domów, ale to już zupełnie inna historia...

*

Drużyna Pierścienia rozpoczyna się słowami Galadrieli: I amar prestar aen (Świat się zmienił). I rzeczywiście ową zmianę będziemy jako widzowie odczuwać od początku aż do samego końca filmu Petera Jacksona. Film otwiera retrospektywny prolog, w którym widzimy historię Jedynego Pierścienia od momentu wykucia, przez bitwę Ostatniego Sojuszu z siłami Saurona, aż po upadek Isildura i znalezienie Pierścienia przez Golluma, a później Bilba. Zaraz po tym przenosimy się do Shire, gdzie widać przygotowania do urodzinowego przyjęcia Bilba Bagginsa, spotykamy Gandalfa i Froda... Słowem widzimy to, co znajduje się w pierwszych rozdziałach książki. Ale czy na pewno? Peter Jackson bardzo swobodnie traktuje całą pierwszą księgę Drużyny Pierścienia. Właściwie nic nie jest tutaj stuprocentowo zgodne z książką. W filmie nie pojawiają się całe rozdziały tej księgi (nie ma Kurhanów czy Toma Bombadila), a inne uproszczone są do granic możliwości, dzięki czemu hobbici bardzo szybko docierają do Bree. Nie jest to jednak wadą i zaryzykowałbym twierdzenie, że dynamika filmu wiele na tym zyskuje... Co jeszcze? Przyjęcie urodzinowe Bilba jest ukazane znakomicie (fajerwerki Gandalfa) i sielski obraz Shire kontrastuje z tym co zobaczymy później. Jedyne poważne zastrzeżenie dotyczy postaci Merry’ego i Pippina – to zdecydowanie nie są postaci z książki, ale duet komiczny, którego głównym zadaniem jest rozbawić widza (kradzież i detonacja największego fajerwerku Gandalfa, ucieczka z pola Maggota itd.). No, ale i tu potrafię zrozumieć intencje scenarzystów, którzy postanowili stworzyć przeciwwagę dla pozostałych (zdecydowanie mrocznych) scen. Jednak ich przyłączenie się do Froda i Sama wygląda tu na przypadkowe... Znakomicie spisał się natomiast Sir Ian Holm, który nie gra roli Bilba, ale po prostu nim jest... Gdy w restrospekcji widzimy go gdy znajduje Pierścień – po prostu łza się w oku kręci... Podobnie scena powitania Froda i Bilba w Rivendell należy do jednych z najlepszych w całym filmie. Uderza zresztą niewiarygodne wręcz podobieństwo scenografii filmu do dokonań Alana Lee i Johna Howe’a. Wiele fragmentów to po prostu ich ożywione obrazy! Również sceny, gdy Frodo zakłada Pierścień są jedyne w swoim rodzaju. Łatwo było tu pójść na łatwiznę, ale Peter Jackson oparł się i tej pokusie prezentując, po raz kolejny, wspaniałą wizję... W ogóle mile zaskakuje fakt, że efekty specjalne (mimo że wszechobecne) nie przytłaczają tego filmu, a są jedynie cennym i naturalnym dodatkiem fabuły. Shire, Rivendell, Moria i Lothlorien wyglądają po prostu tak jak powinny, wielkie brawa... Wiele dobrego można powiedzieć także o grze aktorów – właściwie (co wydaje się niemożliwe) trudno wymienić tu jakieś wyraźnie słabsze role... Sir Ian McKellen (Gandalf), Elijah Wood (Frodo), Viggo Mortensen (Aragorn) i Sean Bean (Boromir) z pewnością stworzyli w Drużynie Pierścienia kreacje aktorskie swojego życia... Tu po prostu nie widać aktorów, ale postaci z książki Tolkiena, które ożyły... To doświadczenie jest tak niesamowite, że od tej chwili czytając Władcę Pierścieni już zawsze będziemy już widzieć McKellena, Wooda i innych... Nie rozumiem również zastrzeżeń co do filmowej Arweny (Liv Tyler) – jest taka jak być powinna, a gdy zaczyna mówić w sindarinie (języku elfów)... no cóż, ocenicie wkrótce sami. Okazuje się też, że Peter Jackson znakomicie gra na naszych emocjach... Gdy widzimy Froda na Wichrowym Czubie, Drużynę opłakującą stratę Gandalfa, śmierć Boromira czy Sama rzucającego się w wir rzeki... wtedy proszę państwa szlocha całe kino... I wątpię czy w ogóle znajdzie się ktoś, kto na Drużynie Pierścienia nie uroni choć łzy. Znakomitym pomysłem scenarzystów jest też szept Pierścienia – wiem jak głupio może to brzmieć w recenzji, a jednak gdy widzimy to na ekranie efekt jest piorunujący. Wielkie brawa należą się również za pomysł, by poszczególne lokalizacje przedstawić w innym odcieniu kolorów, które doskonale oddają np. radosny charakter Shire czy smutek Lothlorien... A sam Pierścień po prostu kusi, i to kusi niemal wszystkich po kolei – z pewnością zapamiętacie tu scenę z Galadrielą, która zmienia się w Czarną Królową. Usatysfakcjonowani filmem powinni się poczuć także miłośnicy języków elfów – po raz pierwszy słyszymy je na dużym ekranie i na dodatek w profesjonalnym wykonaniu. Zresztą dialogi w quenyi i sindarinie opracowane zostały przez amerykańskiego specjalistę w tej dziedzinie – Davida Salo. A minusy filmu? Z pewnością są, choć nie ma ich wiele i są małego kalibru... Za bardzo rozbudowana jest scena walki z trollem w Morii, hollywoodzka, zbyt długa i jakoś nie przystająca do tego filmu... Wolałbym, aby w to miejsce pojawiła się raczej scena wręczania przez Galadrielę podarków członkom Drużyny... Niestety szwankuje też to, co widzieliśmy już w pierwszym teaserze, a więc przejście całej Drużyny przez góry – razi tutaj niezbyt dobry blue box. Zdarzają się też przeoczenia jak np. słynna już barierka balkonu w Rivendell, o którą opiera się Frodo. Najpoważniejszym zastrzeżeniem jest jednak długość trwania filmu. Film Jacksona trwa 165 minut i jest to zdecydowanie zbyt krótko! Na szczęście ten „błąd” ma szansę naprawić reżyserska wersja DVD, która ma trwać blisko 4 godziny!!! Rozbudowane zostaną przede wszystkim sekwencje ukazujące drogę hobbitów do Rivendell, więc ta wersja zadowoli zapewne największych nawet malkontentów.

Jackson zaciągnął u nas wielki kredyt zaufania i miejmy nadzieję, że go nie zmarnuje... Dawno nie widziałem już tak mrocznego filmu, który w tak doskonały sposób oddawałby ducha powieści. A jeśli ktoś jeszcze nie czytał powieści Tolkiena? - z pewnością powinien to uczynić jak najszybciej, ale nawet nieznajomość książki nie powinna zmienić odbioru filmu... A teraz wszyscy już czekamy na Dwie Wieże...

TG