Moczary, Frery 2001, nr 128

 

 

Drodzy Czytelnicy, ze względu na bardzo ważne wydarzenie, jakim z pewnością jest światowa premiera filmu Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia, przedstawiamy Wam jego pierwszą recenzję spisaną przez naszego specjalnego wysłannika. Uwaga - nasz recenzent nie zdradza żadnych sekretów fabuły, więc możecie czytać spokojnie.

TG & GM

*

Od wielu lat, gdy ktoś pytał o mój ulubiony film, mówiłem, że jest taki jeden, ale go jeszcze nie nakręcono. Chodziło o Władcę Pierścieni. Już od samego początku czytając Tolkiena, miałem przed oczami wizję filmową, myślałem jacy aktorzy mogliby zagrać, gdzie mogłyby byc kręcone zdjęcia, itd. Oczywiście obejrzałem animowany film Bakshiego i jak chyba wszyscy fani Śródziemia byłem srodze zawiedziony (choć klika plusów w tym filmie też by się znalazło). Po pierwsze chciałem filmu aktorskiego i wiernego książce. W pewnym momencie pojawił się Willow, który w wielu momentach miał dla mnie klimat Władcy, ale to oczywiście nie było jeszcze to.

Gdy dowiedziałem się, że Peter Jackson podjął się zadania sfilmowania kultowego dzieła, uciszyłem się bardzo, choć wiedziałem, że zadanie będzie na pewno trudne. I oto, krok po kroku, miesiąc za miesiącem, moja nadzieja, że będzie to mój wymarzony film, rosła. Bo trzy filmy, a nie tylko jeden; bo Jackson okazał się wielkim entuzjastą Tolkiena; bo duży budżet filmu; bo wybrano piękną Nową Zelandię; bo nie zaangażowano żadnych super gwiazd Hollywodu, itd. A gdy w końcu zobaczyłem zdjęcia, zapowiedzi, wywiady, fragmenty, wiedziałem, że to jest to. Pozostawało tylko czekać.

Niespodziewanie na Sylwestra znalazłem się w Berlinie i zawczasu zaplanowałem pójście do kina, bo w Niemczech film pokazywano już przed Bożym Narodzeniem. Wybrałem się do imponującego multikina IMAX na Potsdamerplatz, zapłaciłem 13 DM za film w oryginalnej wersji dźwiękowej i ... zobaczyłem.

Jak mówię, oczekiwałem, że film będzie dobry mimo nielicznych głosów malkontentów, ale to co zobaczyłem przerosło moje wyobrażenia. Muszę przyznać, że momentami książka nie stworzyła w mojej wyoraźni tak imponujących obrazów Śródziemia, jak zrobił to Peter Jackson. Rozmach przedsięwzięcia jest naprawdę trudno porównywalny z jakimkolwiek filmem w historii kina. Wiedzieliśmy już zresztą wcześniej z jakim pietyzmem tworzono postacie, charakteryzacje, dekoracje, efekty specjalne, kostiumy i tysiące innych szczegółów, dzięki którym Władca Pierścieni miał stworzyć realistyczny obraz  tolkienowskiego Śródziemia. Dzięki wszystkim specjalistom za to odpowiedzialnym, bogactwo tego świata rzuca na kolana. To jak przedstawiono Morię, kopalnie Isengardu czy domy Elfów w Lorien jest po prostu nie do opisania! Efekty specjalne są tak umiejętnie wplecione w prawdziwe krajobrazy, że trudno rozgraniczyć rzeczywistość naszą od tej wirtualnej. Poza tym krajobrazy Nowej Zelandii są pięknie sfilmowane (kamera szybuje bardzo dynamicznie) i pasują do Śródziemia nadzwyczajnie. Przyznam, że zawsze wyobrażałem sobie, że np. Shire można filmować tylko na angielskiej wsi, a w ogóle całe Śródziemie w Europie, ale rację miał Jackson, który twierdził:"Chciałem, aby film rozgrywał się w nieco surrealistycznej wersji krajobrazu europejskiego - a właśnie to można znaleźć w Nowej Zelandii".

Efekty specjalne zapierają dech w piersiach, nawet postacie stworzone w całości komputerowo (jaskiniowy troll w Morii czy szczególnie Balrog) wyglądają i ruszają się jak trzeba. Gollum zresztą też wygląda wspaniale, choć na razie pojawia się tylko "migawkowo". Mam nadzieję, że jego "komputerowość" nie będzie przeszkadzała w dalszych częściach filmu, gdzie będzie grał bardziej znaczącą rolę. Mówiąc o efektach, nie mam na myśli tylko obrazów wygenerowanych komputerowo, bo w filmie wspaniale współgrają z nimi także efekty charakteryzacyjne, miniatury, animatronika, dekoracje czy tradycyjne scenografie malarskie.

Film jest bardzo wierny książce, ale kino dzieli się innymi prawami i stuprocentowa wierność byłaby nie tylko niemożliwa, a nawet niewskazana. Scenariusz odbiega w kilku miejscach od powieści, ale śmiem twierdzić, że niektóre epizody w filmie są bardziej dramatyczne i trzymające w napięciu niż w trakcie czytania. Mam tylko jedno jedyne zastrzeżenie do scenariusza. Nie za bardzo wynika z filmu dlaczego Merry i Pippin dołączają do Froda i Sama, po prostu nagle się spotykają po drodze i zostają.

A propos hobbitów, Elijah Wood jako Frodo gra bardzo dobrze, a jeszcze lepszy jest śmieszny Pippin, czyli Billy Boyd. Trochę za mało wyrazisty wydał mi się Sean Astin jako Sam, ale może jego czas dopiero nadejszie w następnych częściach, gdzie przecież zagra bardziej znaczącą rolę. Do reszty aktorów trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. John-Rhys Davis jako Gimli zachowuje się iście po krasnouldzku, choć chyba niepotrzebnie nałożono na niego tak dużo charakteryzacji. Ian McKellen jako Gandalf jest wspaniały, a Liv Tyler w roli Arweny śliczna.  A jak zaczyna rozmawiać po elficku z Viggo Mortensenem - Aragornem, to ciarki przechodzą po plecach. W ogóle, jeżeli komuś łza w oku nie zakręci się chociaż raz (vide rozpacz Drużyny po stracie Gandalfa), to chyba nie ma serca.

Na szczegółowe analizy przyjdzie czas później, tym bardziej, że nie chciałbym zdradzać szczegółów polskim fanom. W każdym razie, idźcie do kin tłumnie i najlepiej po kilka razy, bo warto było czekać latami na coś takiego!

Arkadiusz Kubala