|
Wszystko zaczęło się
dawno dawno temu na Forum "Elendili - Przyjaciele Elfów", w tym oto
temacie. Vendis,
która jeszcze w zeszłym roku mieszkała i uczyła się w Niemczech, nawiązała
kontakt z Niemieckim Towarzystwem Tolkienowskim (niem. Deutsche Tolkien
Gesellschaft, DTG). Powstał wówczas pomysł wspólnego spotkania polskich i
niemieckich miłośników Profesora. Na nasze Forum zapisało się kilku członków
DTG, np. Théol (Ulf Schönherz), Gaattling (Grzegorz Buchholtz). DTG to
najważniejsze, najstarsze, najaktywniejsze stowarzyszenie tolkienowskie w
Niemczech. Jego siedzibą główną jest Köln (Kolonia), ale "Smajale" (czyli
lokalne oddziały) istnieją w wielu landach Republiki Federalnej. Nie mieliśmy
pojęcia o tym, że w czasie, gdy temat na Forum uległ uśpieniu, w Niemczech
ciągle myślano o tym pomyśle i wykluwała się idea spotkania pomiędzy Sekcją
Tolkienowską ŚKF ("Polish Tolkien Society") / Forum "Elendili" a Deutsche
Tolkien Gesellschaft e.V. ('German Tolkien Society'/'Niemieckie Towarzystwo
Tolkienowskie'). I oto na początku kwietnie b.r. otrzymałem niezwykły list od
reprezentującego DTG Grzegorza Buchholtza, który mieszka w Niemczech, ale
pochodzi z Katowic. Grzegorz zaprosił mnie na odbywający się dorocznie w
Berlinie konwent tolkienowski Berliner Tolkien Tag ('Berliński Dzień Tolkiena').
Zaproponowano, żebym przygotował wykład na temat znajomości Tolkiena w Polsce
i na temat życia polskich fanów. DTG zaproponowało, żeby przyjechali ze mną i
inni tolkieniści. Postanowiliśmy więc, że wybierzemy się na Tolkien Tag całą
redakcją Simbelmynë/Gwaihira.
Niestety z różnych powodów nie mogła jechać Adancia i nie pojechał z nami Tom.
Dzień 1:
czwartek 26 maja 2005
W zeszły czwartek wczesnym rankiem, o 6.30 ruszyliśmy z Dąbrowy Górniczej i
Sosnowca do stolicy Niemiec zwiedzając po drodze naszym autem Bautzen
(Budziszyn), Dresden (Drezno) i Cottbus (Chociebuż). Podróżowaliśmy w
składzie: Basia "Mirime", Agnieszka "Shani", Klaudia "Eirien" + moja hobbicka
osoba...
Wschodnie Niemcy to prześliczna kraina. Łatwo znajdziecie tam shirowską
atmosferę sielskiej, malowniczej wsi. Miejscowości są bardzo zadbane, czyste,
krajobraz jak w Shire przekształcony przez mieszkańców, ale w najlepszym
znaczeniu słowa "przekształcony". Zagajniki, pola i łąki, wioski, wsie i
miasteczka. Wśród nich przepiękny Budziszyn na Łużycach, w którym wciąż
mieszkają potomkowie Słowian Łużyczan. Moja lingwistyczno-historyczna pasja
znalazła na Łużycach (Lausitz) wdzięczny obiekt obserwacji. Wspólnie z
Dziewczynami zachwycaliśmy się napisami serbo-łużyckimi na tabliczkach z
nazwami ulic, na drogowskazach. Okazuje się, że ortografia języka łużyckiego
jest kompromisem między zapisem czeskim i polskim z - co za niespodzianka! -
literą /ł/. Myśleliśmy, że nigdzie nikt nie używa takiego grafemu, a tu takie
zaskoczenie. Do tego łużycki jest bardzo prosty do zrozumienia. Wspaniała
pozostałość po naszych dawnych słowiańskich sąsiadach z zachodu. Polecam
wszystkim Budziszyn - pięknie odnowione miasteczko z malowniczą starówką,
pięknymi kościołami, widokiem na dolinę Sprewy i bardzo gościnnymi
mieszkańcami (pozdrowienia dla pani, która pomogła nam z parkowaniem auta).
Drezno to stolica Łużyc. Miasto było świadkiem straszliwych zniszczeń, śmierci
dziesiątek tysięcy ludzi w czasie II wojny światowej. Obecnie odbudowywane,
posiada piękne zabytki sztuki barokowej, w tym Zwinger - malowniczy pałac
pełen miśnieńskiej porcelany. Koniecznie odwiedźcie Drezno w czasie wizyt w
Niemczech. Chociebuż nie zachwycił nas już tak bardzo jak Budziszyn i Drezno,
za to zaopatrzyliśmy się w tym mieście w prowiant na dalszy ciąg czwartku i
początek piątku. Wiecie jakie to ważne dla hobbita...


1. Budyšin (Bautzen/Budziszyn)
- Stare Miasto; 2.-4. Budyšin (Bautzen/Budziszyn) - serbo-łużyckie napisy;
5.-6. Drezno - pałac Zwinger
Do samego Berlina dojechaliśmy wieczorem. Byliśmy umówieni z gospodarzami
spotkania na ulicy w centrum Berlina, gdzie znajdowało się w czasie konwentu
nasze mieszkanko. Po małym błądzeniu i wspólnym poszukiwaniu właściwej drogi z
mapami na kolanach, dotarliśmy w końcu do ulicy Eisenzahnstraße w samym
centrum dawnego Berlina Zachodniego, tuż obok znanej ulicy sklepowej
Kurfürstendamm. Z nazwą ulicy jest śmieszna historia, bo w związku z marną
naszą znajomością niemieckiego zinterpretowaliśmy sobie ją jako 'ul. Lodowej
Śmietany' czy też 'ul. Bitej Śmietany' - i tak już zostało, chociaż jak się
później okazało nazwa oznacza 'ul. Żelaznego Zęba', a sam tytuł
Eisenzahn noszony był przez margrabię
Brandenburgii, Fryderyka II Żelaznego. Pod naszym nowym domem czekała na nas
piątka sympatycznych berlińskich tolkienistów. Zaparkowaliśmy, wypakowaliśmy
bagaż i poprowadzeni zostaliśmy do bardzo wygodnego i sympatycznego
mieszkania, które udostępniła nam na czas naszego pobytu w Berlinie jedna z
przywódczyń DTG, Magy da Silva znana jako Nenyanna. Magy jest aktorką i
piosenkarką czego domyśliliśmy się zaraz po wejściu do mieszkania, bo pełne
ono było wielkich luster, przy których aktor czy tancerz ćwiczy swoje role.
Lustra były tak ciekawie ustawione, że siedząc gdziekolwiek w mieszkaniu
mogliśmy się z Eirien, Shani i Mirime nawzajem obserwować - no chyba, że
zamknęło się drzwi między pokojami. Nie wiedząc z początku kim jest wspomniany
przez oddających nam klucze niemieckich przyjaciół aktor od razu ku własnej
wielkiej uciesze wymyśliliśmy, że mieszkamy w berlińskim apartamencie Stefana
Müllera z M jak miłość. Gospodarze
byli niesamowici. Nie tylko przekazali nam wspaniałe lokum, w którym można
było komfortowo wypocząć, wykąpać się, wyspać, ale również przygotowali dla
nas w kuchni mnóstwo prowiantu i napojów. Z Eisenzahnstraße metrem mieliśmy 15
min. do miejsca, gdzie odbywał się konwent i tyle samo do najważniejszych
punktów w mieście. Przed snem poszliśmy jeszcze do pobliskiej knajpki na
pyszne berlińskie piwo Schultheiss. A potem poszliśmy do Lórien, krainy marzeń
sennych i śniliśmy o tym, co nas może czekać kolejnego dnia.
Więcej zdjęć z Budziszyna
i Drezna
tutaj
Dzień 2:
piątek 27 maja 2005
Obudziliśmy się późno - o godzinie 9.00. Piatek mogliśmy również przeznaczyć
na zwiedzanie, bo otwarcie Berliner Tolkien Tag miało mieć miejsce dopiero
wieczorem o godz. 20.00. Tego dnia postanowiliśmy pojechać na zwiedzanie
Poczdamu (Potsdamm) i dawnej stolicy Marchii Brandenburskiej (potem Prus),
czyli do Brandenburga. Po pysznym śniadanku i wybornej niemieckiej kawie (tak
dobrej, że moja Żona kupiła w pobliskim sklepie dwa opakowania do domu)
ruszyliśmy przez skwar berlińskiego wczesnego lata na zachód od miasta do
uroczego Poczdamu. Po drodze trochę pobłądziliśmy (a jakże!), ale w końcu
dojechaliśmy do przepięknego pałacyku Cecilienhoff, w którym odbywała się po
wojnie konferencja poczdamska. Pałac w stylu Tudorów (czyli przypominający
angielskie rezydencje z XVI wieku) powstał w złotym okresie królestwa Prus i
Cesarstwa Niemieckiego. Położony jest nad pięknym jeziorem w angielskim parku.
Potem przejechaliśmy autem pod słynny poczdamski pałac Sanssouci. Cudowna
wędrówka przez park, w którym co chwila zaskakiwały nas jakieś budowle, kąpiel
w fontannie (bo było okropnie gorąco), pogawędki na ławeczkach pod Neues
Palais - było naprawdę fajnie, choć bardzo gorąco. Z Poczdamu popołudniu
ruszyliśmy 30 km na zachód do Brandenburga, który niestety okazał się mało
ciekawym miastem. Szybko ewakuowaliśmy się do Berlina na ulicę "Bitej
Śmietany", żeby coś zjeść, odświeżyć się i przygotować na pierwsze spotkanie z
uczestnikami Berliner Tolkien Tag w kawiarni literackiej Bilderbuch ('Książka
z obrazkami').

1. Poczdam/Potsdamm -
Neues Palais; 2. Poczdam/Potsdamm - Pałac Sansouci; 3. Poczdam/Potsdamm -
Pałac Cecilienhof
Wieczorem podjechaliśmy na umówione miejsce metrem i już na peronie
spotkaliśmy Grzegorza "Gaattlinga", który koordynował nasz przyjazd i pobyt w
Berlinie. Gaattling pokazał nam szkołę
Pestalozzi-Fröbel-Haus, w której kolejnego dnia miał się zacząć konwent, a
potem znaleźliśmy się w kawiarni
Bilderbuch, gdzie zebrali się już członkowie DTG, w tym kilku naszych
znajomych: Gernot Katzer, Helmut Pesch, Anke Eißmann. Bilberbuch to berliński
odpowiednik (tylko większy!) naszej tolkienowskiej Herbaciarni w Katowicach -
spotykają się tam na kawie, herbacie ale też piwie i dobrej strawie berlińscy
miłośnicy Tolkiena. Atmosfera panuje tam iście inklingowska. Zobaczcie pod
podanym wyżej linkiem, że przypomina ona wielką bibliotekę z półkami pełnymi
książek. Siedzieliśmy tam prawie do północy popijając pyszne pszeniczne piwo i
rozmawiając z naszymi niemieckimi przyjaciółmi o planach konwentu, o Polsce i
Niemczech oraz o zainteresowaniu Tolkienem w tych krajach. Mieliśmy też okazję
poznać maskotkę berlińskich tolkienistów, ich Mistrza Sau-Rona (patrz
tutaj), który nie tylko odbiera zasłużony hołd, ale również pomaga zbierać
fundusze na różne potrzeby. Po północy wróciliśmy do naszego domku i szybko
zasnęliśmy, bo kolejny dzień miał zacząć się bardzo ciekawie...


1. Parmadili nadchodzą -
bójcie się!; 2. Wejście do Pestalozzi-Fröbel-Haus; 3. Nad wejściem sztandary
ze Śródziemia; 4. Sztandar Niemieckiego Towarzystwa Tolkienowskiego;
5. Maskotka DTG - Mistrz
Sau-Ron; 6. Grzegorz "Gaattling" Buchholtz z żoną; 7. Rozmowy
polsko-niemieckie: Mark, Mirime, Shani, Gaattling, Galadhorn
Dzień 3:
sobota 28 maja 2005
Po śniadaniu, odbrobinę spóźnieni, znaleźliśmy się w salce
Pestalozzi-Fröbel-Haus, w której Anke Eißmann prowadziła bardzo ciekawe
warsztaty plastyczne. Anke Eißmann to znana artystka niemiecka, która w swoich
pracach mistrzowsko operuje kolorami, doskonale oddaje ruch postaci - jej
prace są bardzo śródziemne i wspaniale oddają klimat tolkienowskich opowieści
(jej strona znajduje się
tutaj). Anke poprosiła nas abyśmy z zamkniętymi oczami narysowali wpierw
hobbita, potem drzwi jego norki, klamkę pośrodku drzwi, kwiaty w ogrodzie,
Gandalfa, krasnoluda, kucyka, jabłonkę z wronami na jej gałęziach... Wspaniałe
ćwiczenie, które ukazywało siłę naszej wyobraźni przestrzennej, a jednocześnie
w efekcie dawało okazję do pośmiania się z narysowanych przez nas na kartkach
niezgrabnych postaci. Potem wybraliśmy z Anke ulubioną scenę z
Silmarillionu - dla wszystkich nas
była to, jak się okazało, scena spotkania Lúthien z Berenem. Ciekawie było
zobaczyć jak każdy z nas widzi tę scenę. Każda z około 10 osób biorących
udział w warsztatach zwracała uwagę na coś innego. Mieliśmy okazję poznać
prace pozostałych uczestników warsztatów, bo nasze rysunki wędrowały od
stolika do stolika. Najpiękniejszy szkic to oczywiście dzieło Anke Eißmann,
które udało mi się sfotografować (tu
i
tu). Po trwających dwie godziny zajęciach poprosiliśmy Anke o wywiad dla
Simbelmynë. Opublikujemy go w kolejnym
numerze naszego pisma (nr 24, lato/laer 2005). Anke Eißmann jest niezwykłą
osobą. Łączy w sobie wielką wrażliwość, wdzięk i skromność. Mówi też
znakomicie po angielsku. Jest wielką miłośniczką Faramira i namiestników
Gondoru, co wyraża koszulka (zobaczycie ją na
zdjęciach). Mamy nadzieję, że uda nam się zorganizować przyjazd Anke
Eißmann do Polski na któreś ze spotkań tolkienowskich.
1. Warsztaty plastyczne
Anke Eißmann; 2. Anke Eißmann; 3.-4. Lúthien w wykonaniu Anke;
5.-6. Wywiad z Anke:
Mirime, Shani, Anke Eißmann, Gal; 7.-8. Koszulka Anke wyraża jej uczucia do
Faramira i Namiestników Gondoru :-)
Po warsztatach udałem się
na zajęcia ligwistyczne Gernota Katzera, a Eirien, Mirime i Shani pojechały do
centrum odwiedzić muzeum Bauhausu. Gernot przygotował wspaniały wykład o
wymowie i zapisie sindarinu i quenyi. Bardzo profesjonalnie przygotował swój
pokaz w PowerPoincie a każdy z uczestników jego wykładu miał w ręku specjalnie
przygotowane kartki z przykładami i wyjaśnieniami. Ciekawe było porównanie jak
odmiennie Niemcy i Polacy wymawiają te same sindarińskie i quenejskie głoski,
np. /r/.
O 15.00 zaczął się mój wykład pt. "Tolkien w Polsce". Mówiłem przez godzinę o
pierwszych Polakach, którzy kontaktowali się z Tolkienem - o prof.
Mroczkowskim i M. Skibniewskiej. Pochwaliłem się wczesną datą polskich wydań
Hobbita i
Władcy (w Polsce
Władcę przełożono już w 1961 r., a w
Niemczech dopiero w 1969 r.!), opowiadałem o początkach polskiego ruchu
tolkienowskiego, o piśmie Radar, o
1980 r., o powstaniu ŚKF, o Andrzeju Kowalskim i Agnieszce Sylwanowicz, o
programie "Poza Ziemią" w TV Katowice, o powstaniu Sekcji Tolkienowskiej, o
pierwszych numerach Gwaihira. Miałem
ze sobą wiele polskich fanzinów tolkienowskich:
Gwaihiry, Vingilótë, Śródziemie, Aiglosa,
Simbelmynë. Niemieckich słuchaczy mojego wykładu zaskoczyła ilość
wydawanych w Polsce w chwili obecnej fanzinów! Opowiedziałem też pokrótce o
polskich stowarzyszeniach i grupach tolkienowskich: o Stowarzyszeniu Arda, o
Tolk Folku, o polskich forach tolkienowskich, o stronach tolkienowskich w
naszym kraju. Zakończyłem prezentacją zdjęć polskich okładek i fotkami ze
spotkań Parmadilich.
Po moim wykładzie poszliśmy obejrzeć wystawę prac Anke Eißmann, a przy okazji
przyglądaliśmy się warsztatom tańców Śródziemia.


1. Wykład Gernota Katzera;
2. Anke Eißmann i jej wystawa; 3. Tom Bombadil wg A. Eißmann;
4. Szmaciano-lalkowa
Drużyna Pierścienia; 5. Warsztaty tańców Śródziemia - pośrodku mistrz Jago
Zaopatrzeni w różne gadżety i wspaniałe fanziny DTG pt.
Der Flammifer von Westernis ruszyliśmy
metrem na dalsze zwiedzanie Berlina. Odwiedzieliśmy za radą Gaattlinga pałac
Charlottenburg, pojechaliśmy na Potsdammerplatz, gdzie znajdują się dziesiątki
knajpek. Po posileniu się chłodnym piwem, doszliśmy pieszo w okolice Bramy
Brandenburskiej, nowego pomnika Holokaustu, traktu Unter den Linden. Mieliśmy
tam wrócić kolejnego dnia podczas autokarowej wycieczki po stolicy Niemiec.
Ale o tym niżej. Do domku dojechaliśmy chyba około godz. 1.00. Bardzo, bardzo
zmęczeni, ale spełnieni.

1. Pałac Charlottenburg;
2. Szczęśliwy fan czytający Flammifera; 3. W parku Charlottenburg:
Shani, Mirime, Galadhorn; 4. Potsdammerplatz - zmęczony fan
Dzień 4 i ostatni:
niedziela 29 maja 2005
To był przepiękny dzień. Zaczął się dość wcześnie od śniadanka w naszym
mieszkaniu. Potem ruszyliśmy w okolice berlińskiego zoo, gdzie czekał na
nas... autobus wycieczkowy. Wspaniałe małżeństwo, państwo Majakowscy z Berlina
- członkowie DTG, zaprosili wszystkich gości konwentu na wyprawę z
przewodniczką, panią Beatą, po stolicy Niemiec. Byli oni też fundatorami
naszego przepysznego i bardzo eleganckiego śniadania w wytwornej restauracji
na dachu Reichstagu. W przemiłej atmosferze spędziliśmy czas do popołudnia
poznając różne ciekawe zakątki Berlina. Specjalnie dla naszej czwórki
przewodniczka mówiła po angielsku - byliśmy jedynymi osobami, które nie znały
niemieckiego (albo znały go słabo). Na przedstawionych niżej zdjęciach
zobaczycie obrazy z wycieczki, z restauracji, fotkę całej naszej grupy
wycieczkowej. Zwróćcie uwagę na panią z koczkiem, ciemnymi włosami, o
szczupłej sylwetce, w okularach przeciwsłonecznych. To właśnie
Nenyanna, która udostępniła nam swoje mieszkanie. Nie widać tego może na
zdjęciach, ale Nenyanna bardzo przypominała nam naszą Elirenę (Elę Gepfert),
szefową ŚKF - to nie tylko podobieństwo fizyczne, ale również prawie
identyczna gestykulacja, mimika. Niezwykłe! Ela i Magy powinny się kiedyś
poznać. Będzie to na pewno możliwe, jeżeli uda nam się wspólnie zorganizować
zjazd fanów z Niemiec, Polski (i być może Czech) w przyszłym roku. Plany mamy
ambitne - teraz będziemy starali się je zrealizować.

1. Na dachu Reichstagu
2. Państwo Majakowscy
(trzecia i piąta osoba od lewej) i wszyscy zaproszeni goście przed
restauracją; 3.-4. Śniadanie z szampanem w Reichstagu - pycha! :-)
Na zakończenie udaliśmy się jeszcze raz do Pestalozzi-Fröbel-Haus - tam
pożegnaliśmy naszych nowych niemieckich przyjaciół, ustaliliśmy współne plany
na najbliższą przyszłość i ruszyliśmy do domku, żeby się spakować przed
podróżą do Polski.
O godzinie 15.30 wyjechaliśmy z Berlina i po zabawnej, pełnej muzyki, zimnego
powietrza z klimy i żartów podróży znaleźliśmy się około godz. 23.00 w
Dąbrowie i Sosnowcu. Po drodze zatrzymaliśmy się na piknik w Legnickim Polu,
gdzie poznaliśmy wścibskiego pieska. Piesek przyspieszył nasz wyjazd z
Legnickiego Pola, bo do najczystszych nie należał.
_____________________________
To był wspaniały długi weekend. Poznaliśmy cudownych ludzi, mieliśmy okazję z
podziwem podpatrzeć jak organizują się tolkieniści w Niemczech i poznaliśmy
ładny kawałek wschodniej części Niemiec. Bardzo serdecznie dziękuję
Gaattlingowi i wszystkim Przyjaciołom z Berlina. Cieszę się też, że mieliśmy
okazję poznać wspaniałą artystkę - Anke Eißmann!
Viele grüße aus Polen!
Rysiek "Galadhorn" Derdziński
A tutaj znajdziecie
więcej zdjęć z konwentu:
http://home.agh.edu.pl/~evermind/fotografie/berliner_tolkientag

|