|
|
|
|
|
|
|
A droga wiedzie w przód i w przód wywiad z Michałem Błażejewskim |
|
|
|
|
|
|
|
|
Jest
Pan filologiem, autorem prac naukowych, twórcą piosenek w kabarecie Olgi
Lipińskiej, ale nasi czytelnicy znają przede wszystkim książkę "J.R.R.
Tolkien - Powiernik Pieśni" oraz prace z "Gwaihirzęcia".
Kim Pan jest naprawdę ? Wszyscy
funkcjonujemy w różnych układach i gramy w nich różne role. Dla
jednych cały czas jesteśmy dziećmi, dla innych - rodzicami,
pracownikami w jakimś zakładzie. A w domu, dla naszego psa, możemy być
na przykład "dodatkiem" do smyczy podczas spaceru. A serio -
pytanie o to, kim się jest naprawdę, pada bardzo często w trakcie wykładów
czy indywidualnych rozmów w pewnych - nazwijmy to tak - kręgach
praktykujących. Pytanie ma mobilizować i jednocześnie dokumentować
stopień urzeczywistnienia. Ponieważ moje kontakty z buddystami są
"śladowe" myślę, że najbezpieczniej będzie powiedzieć, że
staram się być osobą, która sama sobie próbuje na to pytanie
odpowiedzieć. Tolkien
jest bodaj jedynym pisarzem, który ma tylu miłośników działających
czynnie ( chodzi o spotkania, kluby, fanziny ). W Anglii istnieje The
Tolkien Society, w Polsce natomiast Sekcja Tolkienowska ŚKF, kluby
gromadzące miłośników Profesora istnieją nawet w dalekiej Japonii.
Jak zaczęła się Pańska przygoda z tym ruchem ? Tak
jak wszystkich. I
jednocześnie trochę nietypowo.
Od lektury książek - gorąco poleconych przez Tomasza Schramma. I
od mojego długiego wykazu uwag odnośnie tychże tekstów. Potem zobaczyłem
Andrzeja Kowalskiego w pierwszym bodaj programie Poza
Ziemią i napisałem do Niego.
Oba te wydarzenia dzieliło prawie dziesięć lat. W międzyczasie były
zajęcia "z Tolkiena", nowe lektury, listy, rozmowy. A kiedy
powstała książka - obu "prowokatorów" umieściłem w
dedykacji. Słusznie im się to należało. Bardzo sobie cenię wszelkie
niesformalizowane formy życia. Ale mam też wiele szacunku dla tych, którzy
podejmują się nadania swoim zainteresowaniom pożytecznych ram. Jeżeli
mówimy o mojej przygodzie - to jest to taka przygoda osoby trochę stojącej
z boku. Mimo
upływających lat Tolkienem "zaczytują się" coraz to nowe
rzesze czytelników. Na czym według Pana polega owa siła i fenomen twórczości
tego pisarza ? Gdybyśmy
umieli opisać fenomen Tolkiena, to z pewnością skończyłoby się na
jednej i to niezbyt grubej książce. Wartość tej twórczości polega
chyba na tym, że ciągle nas te dawno napisane teksty zaskakują czymś
nowym. Czegoś się dowiadujemy - także o sobie. Poznajemy ludzi, których
nigdy byśmy nie napotkali. Zaczynamy rozmowę "od Tolkiena", a
kończymy... No, w różnych niespodziewanych miejscach. Może więc
chodzi tutaj o to, że te książki łączą ludzi z najróżniejszymi
sprawami, za każdym razem na nowo. Niestety,
wartości opiewane przez Tolkiena giną w bezmiarze cierpienia współczesnego
świata. Czy tak samo stanie się z jego twórczością ? Wszystkie
wartości są kruche i giną w jakichś bezmiarach. Może dlatego dobrze
jest się nimi "poopiekować" ? Myślę, że Tolkien byłby
dumny z faktu wtopienia się wymyślonych przez Niego opowieści w świat
anonimowych i wszystkim znanych historii. Dopóki znajdzie się ktoś, kto
będzie umiał odczytać te teksty - będą one żywe. I w jakiś sposób
- łagodzące cierpienia. Frodo
Baggins to nie mityczny heros, lecz "każdy z nas". Seria
niefortunnych wypadków sprawia, że zostaje wciągnięty do walki z
mocami, które go przerastają. Ostatecznie wychodzi cało z największych
opresji, ale dramatyczne przeżycia odbijają na nim swoje piętno. Dobro
odnosi jeszcze jedno bolesne i gorzkie zwycięstwo. Czy Frodo to mesjasz
Śródziemia ? Są
takie interpretacje. One mogą szokować - ale raczej tym, że starają się
być bardzo jednoznaczne. Jeżeli Frodo jest mesjaszem Śródziemia - to
nie zbawia on tamtego świata raz i na zawsze. W każdej chwili takie
zadanie może stanąć przed postaciami zamieszkującymi Śródziemie. My
znamy akurat tę opowieść. A przecież Tolkien "nie odkrył"
wszystkiego. O czym możemy się przekonać już po publikacji tych
kilkunastu tomów dotyczących historii tamtego (tego ?) świata. Bycie
mesjaszem bardzo nobilituje - ale opowieść o Frodzie pokazuje, że jest
i bardzo zwyczajny i trudny wymiar tego zbawiania. Może najtrudniejszy właśnie
dla samego zbawiającego. Największą
sławę przyniósł Tolkienowi wydany w latach 1954-55 "Władca Pierścieni".
Dopatrywano się w nim, często zresztą bardzo prostych i pasujących do
klimatu "zimnej wojny" aluzji. Sam Tolkien wielokrotnie
protestował przeciw takim interpretacjom, ale krytycy oczywiście
"wiedzieli lepiej". Czym naprawdę był Mordor dla Tolkiena? Nie
wiem, czym był Mordor dla Profesora. Tolkien nie cierpiał takiego
alegorycznego odczytywania. Mordor mógł być dla Niego właśnie
Mordorem. Takim, jakim go opisywał. A krytykom, czytelnikom..., oczywiście
może się kojarzyć. Ale to jest mechanizm ułatwiający lepsze
zrozumienie zjawiska. Dla mieszkających na Śląsku Mordor może mieć
bardzo konkretny smak i zapach powietrza, dla buddystów - przypominać pośrednie
przestrzenie bardo. Zawsze Mordor jest miejscem próby, dawania świadectwa
prawdzie . Może
nawet tej "z dużej
litery".
W Anglii książki Profesora traktowane są jak współczesna
mitologia. Ludzie szukają w nich nie rozrywki, ale przede wszystkim wskazówek
moralnych. Czy ta twórczość mocno zakorzeniona w staroangielskiej
przeszłości ma szansę stać się mitologią dla całego świata? Jestem
przeciwnikiem wszelkich totalitaryzmów - także religijnych i
mitologicznych. I Tolkien chyba też by się z tym zgodził. Chciał
napisać "mitologię dla Brytyjczyków" - i być może nie udało
się to, nie sądzę, żeby oni to zaakceptowali. Ale historie Tolkiena
wyszły poza Albion, stały się bliskie różnym ludziom, z różnych kręgów
kulturowych. A więc jakieś "malutkie zwycięstwo" ? Pamiętajmy,
że Tolkien nie lubił ujednolicenia "starych pieśni". Stąd
Jego krzywienie się na Wagnera, chociaż dzieła Mistrza znał dobrze.
Tolkien cenił bardzo fakt, iż w jakiejś opowieści widać ślady składających
się na nią starszych historii. Historii istniejących obok innych - a
nie zamiast innych. Z natury więc niejako nie mogą się tutaj pojawić
tendencje do stworzenia jednej wszechogarniającej mitologii. Także żadna
religia, żadna ideologia - czego świadkiem bywa historia - nie dorobiła
się prawa wiecznej wyłączności. Zawsze znalazł się ktoś, kto chciał
"opowiedzieć świat" po swojemu. Tolkien był właśnie takim
opowiadaczem. Poza tym - jeżeli te książki mają nieść
"pocieszenie" - to nie mogą tego robić w sposób
"totalitarny". Indywidualne opowieści wielu ludzi - tak. Jedna
wielka mitologia dla wszystkich ?! Toż to byłby Mordor !
Tolkien
wykorzystał wyobraźnię jako narzędzie poznania świata. Lewisowi, który
twierdził że "mit i baśń to kłamstwo", dedykował poemat
"Mythopoeia". Czym dla
Pana są mit i baśń ? Opowieściami.
Opowieściami i jeszcze raz - opowieściami. I wszystkim tym, co się z
nimi łączy. Przechodzimy z pieśni do pieśni. Komuś je przekazujemy.
Ktoś przekazuje je nam. Być może nic ich nie zastąpi. Gorzej byłoby,
gdyby one miały zastąpić wszystko. Ale może akurat mit i baśń to
potrafią? Jaki
błąd Pana zdaniem popełniamy najczęściej interpretując dzieła
Tolkiena? Z
pewnością popełnia się wiele błędów. Na przykład - przywiązując
się do jakiejś jednej interpretacji. Wytykając innym, że ich
interpretacja nie jest słuszna, bo nie jest zgodna z naszą. Albo
interpretując coś niejako "poza tekstem". Niebezpieczeństwa
wynikają z tego faktu, iż albo jest się fanem Tolkiena (i "bij
zabij" inaczej myślących), albo się tych tekstów zupełnie nie
poważa. No i można być kimś "letnim", stojącym "z
boku". Ale można też być i kimś "życzliwie
zainteresowanym", ciekawym tych opowieści. Nie bójmy się
interpretacji, które z początku odrzucają nas swoją nietypowością,
niezgodnością z naszymi poglądami. Jeżeli lubimy Tolkiena - to nam nie
zaszkodzą. A może nawet czegoś nas nauczą. Jeżeli "rozebrany na
części" w wyniku takiej interpretacji tekst "da się złożyć"
i będzie potem "żywy" - to było coś pożytecznego. Zawsze
jest tekst na początku. Jeżeli będziemy uważnie czytać tekst, jeżeli
będziemy otwarci na głosy innych - popełnimy o jeden błąd mniej. Egzemplarzy książek Tolkiena jest na świecie więcej
niż egzemplarzy Biblii - tak jedno z polskich wydawnictw reklamuje
kolejne wydanie "Hobbita". Dlaczego więc polski rynek wydawniczy z wielką ostrożnością
przybliża nam twórczość Profesora? Trochę
się poprawiło. Kilka lat temu nikt nie wydałby książki "o
Tolkienie". Tolkien w Polsce - to temat na grubszą pracę. I byłaby
ona ciekawa. W tej chwili trwa dosyć dziwne nadganianie, odrabianie zaległości.
Ale "kładą" to tłumaczenia, kładą edytorzy, ilustratorzy...
Brrr, może jednak trochę wolniej - ale po prostu lepiej ? Zawsze jednak
można sięgnąć do oryginału. To też jakiś "pożytek z Tolkiena". Jakie
są Pańskie najbliższe plany związane z Tolkienem? Czy możemy się
spodziewać nowych opracowań i tłumaczeń? Moje
plany "Tolkienowskie" wiążą się z planami innych osób. Jeżeli
napiszą swoje teksty o Tolkienie - będę się cieszył z tego, że mogłem
się przyglądać ich pracy z bliska i że mogłem być tym
"pierwszym czytelnikiem". Chciałbym, żeby z tych tekstów i z
tego pisania "było coś na potem". Zobaczymy. Jeżeli chodzi o
moje pisanie - na pewno nie dokończę tłumaczenia eseju Tolkiena o baśniach.
Tłumaczenie Joanny Kokot już jest "kanoniczne", bez względu
na drobne nieścisłości - powinno obowiązywać. Coś tam jeszcze chciałbym
napisać. Niekoniecznie "o Tolkienie" - ale prawdopodobnie
"w okolicach Tolkiena". Co to będzie ? Nie mam pojęcia -
trzeba będzie po prostu "wyjść za próg" i ruszać drogą
"w przód i w przód". "Tak jak mogę..." Jak wszyscy
możemy... Dziękuję Panu za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów
oraz zdolnych studentów.
Poniżej zamieszczamy przypis autorstwa Michała Błażejewskiego, który stanowi uzupełnienie powyższego tekstu, a także bezpośrednio odnosi się do fragmentu wywiadu z Tadeuszem A. Olszańskim. (red) *) W książce J. R. R. Tolkien - Powiernik Pieśni (1993) w rozdziale W poszukiwaniu klucza do Śródziemia (s. 59-83) omówiłem kilkanaście - dających się odszukać w różnych istniejących już opracowaniach - sposobów interpretacji tekstów Tolkiena. Wzbudzający niezrozumiałe emocje klucz "jungowski" wymieniłem na samym końcu. Przypisywanie mnie czy przywoływanym przeze mnie badaczom (ich prace wymieniłem i scharakteryzowałem w rozdziale Książki o Tolkienie - s. 85-102) szerzenia "dowolnego głupstwa w wolnym kraju" wydaje się być przynajmniej lekkim nieporozumieniem. Nie twierdzę jednakowoż, iż zasługującym w pierwszej kolejności na zinterpretowanie przy pomocy tych "głupich" metod. Prawdą jest, iż sam Tolkien metody psychoanalitycznej serdecznie nie znosił, czemu dał wyraz w komentarzach dotyczących recenzji Edwina Muira z Observera z 1954 i 55 roku. Przy okazji - jest jednak różnica pomiędzy Jungiem a Freudem. I Tolkienowi chodziło chyba raczej o odwoływanie się wspomnianego recenzenta do tego ostatniego. O baśniach - także Tolkiena - pisało wielu "niepokornych" badaczy (w tym także psychoanalityków i psychoterapeutów). Wystarczy przeczytać sobie chociażby książkę Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni (ostatnie polskie wydanie - 1996) Bruno Bettelheima. Michał
Błażejewski Wywiad przeprowadził Tomek Gubała Wywiad
został przeprowadzony drogą korespondencyjną w styczniu 1995 roku Dr hab. MICHAŁ BŁAŻEJEWSKI - wykłada w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego. Wybitny znawca twórczości J.R.R. Tolkiena i C.S. Lewisa. Autor książki J.R.R. Tolkien - Powiernik Pieśni (1993), publikacji w Gwaihirzęciu i Simbelmynë oraz współtwórca cyklu audycji Ludzie Księgi w Radiu Gdańsk.. Wielbicielom Kabaretu Olgi Lipińskiej jest doskonale znany jako autor tekstów wielu piosenek. W Sekcji Tolkienowskiej ŚKF jest obecny od początku, wśród hobbitów znany jako Milo Burrows. |
|
|
|
|
|
Nie wszystko jeszcze stracone... wywiad z Tadeuszem A. Olszańskim |
|
|
|
|
|
|
|
|
Nasi czytelnicy znają przede
wszystkim Pańskie publikacje z "Gwaihirzęcia" oraz
posttolkienistyczne prace z "Vingilote'a". Dzięki tomikowi
"Czar Ognia" poznajemy również
Tadeusza A. Olszańskiego - poetę. Czym jeszcze się Pan zajmuje? Jak praca
zawodowa łączy się z zainteresowaniem Tolkienem? Cóż,
odpowiadając na takie pytanie wręcz wypada się chwalić. Uważam się
przede wszystkim za poetę (choć obecnie piszę niezbyt wiele), z wykształcenia
jestem prawnikiem, a z zawodu - ekspertem-politologiem, specjalistą od
problematyki ukraińskiej (jednym z najlepszych w Polsce). Ta praca, rzecz
jasna, nie łączy się z pasją tolkienowską, jednak głęboka lektura Władcy
Pierścieni swego czasu znacznie pogłębiła moje rozumienie historii,
co w jakiś sposób jest mi i w tej pracy pomocne. Napisałem też książkę
o najnowszej historii Ukrainy (ukazała się w zeszłym roku), zapewne
napiszę coś jeszcze z tego zakresu, od czasu do czasu pisuję artykuły z
pogranicza politologii. Oprócz tego zajmuję się historią i etnografią Beskidu Niskiego i
Bieszczadów. Jestem współredaktorem Almanachu Karpackiego PŁAJ, a także
autorem rozdziałów historycznych i ekologicznego w przewodniku po
Bieszczadach, wydanego przez firmy REWASZ i BOSZ (właśnie ukazało się
nowe, poprawione wydanie - zachęcam wszystkich zainteresowanych, bo jest to
najlepszy z dostępnych przewodników po tych górach), w planach podobna
robota dla nowego przewodnika po Beskidzie Niskim. A i moje zainteresowanie
fantastyką nie ogranicza się do Tolkiena, ani nawet do fantasy. To byłoby
mniej więcej wszystko... Aha,
jeszcze jedno. Z Tadeuszem Olszańskim, znanym niegdyś dziennikarzem
sportowym, a dziś tłumaczem literatury węgierskiej i dyrektorem Ośrodka
Kultury Polskiej w Budapeszcie nie mam nic a nic wspólnego. Nawet się nie
znamy. Pański debiut w "Gwaihirze" miał miejsce w 1986 roku - był
to wiersz "Modlitwa Hurina". Kiedy po raz pierwszy zetknął się
Pan z tolkienowskim Śródziemiem ? Jakie były pierwsze wrażenia po
lekturze "Hobbita" i "Władcy Pierścieni"? Moje
spotkanie z Tolkienem to dość skomplikowana historia. Po raz pierwszy
czytałem Władcę Pierścieni chyba w 1975 r. (tak, tak - to już dwadzieścia
lat) - oczywiście mogłem wówczas czytać jedynie pierwsze wydanie
polskie, dziś właściwie zapomniane. Z początku podchodziłem do tej książki
z rezerwą - może nie tyle ze względu na nią samą, co na pewne okoliczności
towarzyszące (ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia).
Potem jednak przekonałem się - pamiętam, że w 1978 r. opowiadałem komuś
Władcę przez prawie cały dzień.
W rok później zdobyłem dostęp do oryginałów i to był moment przełomowy
- poznałem prawdziwego Tolkiena. Nb. Hobbita przeczytałem najpierw po angielsku, dopiero potem udało mi
się zdobyć na krótko przekład polski (w latach siedemdziesiątych książki
Tolkiena były gruntownie porozkradane z bibliotek, nie istniał też ruch
fanowski; ci, co pokochali twórczość Tolkiena, nie dzielili się tym z
innymi, ani ich nie szukali). Nb. znany z Gwaihirzęcia
wiersz Tolkien powstał na początku
1979 r. Modlitwa Hurina
powstała kilka lat później, później, niż poemat Szary
port, szare morze, choć została opublikowana jako pierwsza. Natomiast Silmarillion, oczywiście w oryginale, czytałem już pod koniec
1979 r. Zrobiłem sobie ksero
całości tej książki (to wówczas też nie było tak trywialne, jak dziś),
a w 1980 r. tłumaczyłem Ainulindale (niestety, tekst ten przepadł, nieostrożnie pożyczony
koledze - do dziś nie wiem, czy zgubił go, czy raczej ukradł). Tym większym
szokiem była dla mnie potem lektura polskiego przekładu tej książki,
niedbałego i niewiernego. Pierwsze wrażenia - jak już wspominałem - były
mieszane. Nie tylko ze wspomnianego wyżej powodu - wydanie z lat sześćdziesiątych
dawało jedynie blade pojęcie o wielkości Władcy
Pierścieni. Nie byłem też nigdy miłośnikiem bajek, które
znakomicie wprowadzają w świat Tolkiena. Nie stałem się więc miłośnikiem
hobbitów, natomiast niemal od początku odbierałem tę książkę, jako
rzecz o historii i moralności, jako wielką przypowieść. Na przebieg
mojego spotkania z Tolkienem miała też z pewnością wpływ ewolucja moich
poglądów - ale za daleko by nas to zaprowadziło. Na pewno też istotne było
to, iż byłem - i pozostaję - wielkim admiratorem Lema. Nb. choć autorów
tych dzieli niemal wszystko - łączy ich jedno: poważny stosunek do
literatury i do człowieka. Żaden z nich nie pisał literatury popularnej
(użytkowej), lecz starał się wyrazić prawdę o człowieku.
Pytanie z "Władcy Pierścieni".
Co naprawdę wydarzyło się w Szczelinach Zagłady - przypadek,
przeznaczenie, czy dopełnienie złożonej przysięgi? To, co
się zdarzyło, jest jasne. Frodo, poddając się w końcu mocy Pierścienia,
ogłosił się jego władcą. Niemal w tej samej chwili zaatakował go
Gollum, po krótkiej szarpaninie odgryzł palec z Pierścieniem, po czym,
potknąwszy się w tańcu radości, runął w głąb Szczelin Zguby.
Rozumiem jednak, że wątpliwość dotyczy tego, dlaczego
to się zdarzyło, jaka była "głębsza przyczyna" takiego biegu
wydarzeń, na ile był on nieunikniony? Odpowiedź na to pytanie także nie
jest zbyt trudna. Upadek Froda, jego poddanie się woli Pierścienia było nieuniknione -
człowiek jest zbyt słaby, by samodzielnie oprzeć się demonicznej mocy. I
tak opierał się bardzo długo, niemal do samego końca. W swych listach
Tolkien podkreślał to parokrotnie, zwracając też uwagę, że moc Pierścienia,
zagrożonego zagładą, a przy tym tak bliskiego miejsca swych narodzin i
swego prawdziwego władcy musiała się nasilić. Wydaje się prawdopodobne, że także na Golluma Pierścień oddziaływał teraz jeszcze silniej, tak, że ten odważył się złamać złożoną (na tenże Pierścień!) przysięgę wierności Frodo i zagarnąć Pierścień siłą. Wypełniał on jednak w ten sposób drugi, dla niego ważniejszy, człon swej przysięgi - że nie dopuści, by Tamten dostał Pierścień (por. Dwie wieże s.289). Czy zresztą - wbrew własnej woli - nie przysłużył się w tym momencie panu swego Skarbu najlepiej, jak tylko mógł? Co jednak stało się następnie, co sprawiło, że ten nadzwyczaj zręczny
stwór runął w ogień? By to zrozumieć, musimy cofnąć się do rozdziału
Czarna brama jest zamknięta.
Frodo mówi tam do Golluma: "...
w ostatecznej potrzebie, Smeagolu, włożę
Skarb na palec, ten Skarb, co tak długo tobą władał. I gdy mając
go na palcu wydam ci rozkaz, posłuchasz, choćbyś miał skoczyć w przepaść
lub rzucić się w ogień. A taki będzie mój rozkaz" (Dwie
wieże s.318, przekład poprawiony). Te słowa, zapowiedź rozkazu stają
się rozkazem w chwili, gdy Gollum zawładnął Pierścieniem, nazwał go
swoim Skarbem - a jednocześnie Pierścień wciąż był na palcu Froda, choć
trudno byłoby powiedzieć, że Frodo miał go na palcu. Groźba, sformułowana na przedpolach Czarnej Bramy staje się więc -
sama przez się, niezależnie od tego, co zdążył pomyśleć w krytycznym
momencie sam Frodo - rozkazem, którzy rzuca Golluma w ognistą przepaść.
Frodo dopełnia swego ślubu (nie przysięgi) właśnie dzięki tej groźbie,
będącej jednocześnie klątwą, rzuconą na przewrotnego towarzysza. Spełnia
się przeczucie Gandalfa, że los Golluma jest ściśle związany z losem
Pierścienia i bardziej delikatna jeszcza intuicja Elronda, że Frodo ma
jedynie odnaleść drogę do Szczelin Zguby (por. Wyprawa s. 370). Oczywiście, można złożyć to wszystko na karb przypadku, ślepego
trafu. Albo - przeznaczenia, fatum, określającego los bohaterów. Tolkien
jednak uczy nas czego innego - że zło zazwyczaj samo siebie niszczy (oft
evil will shall evil mar;
Dwie wieże, s.257, przekład
poprawiony), że zło jest sprzeczne, więc samo sobie zaprzecza, zaś dobro
samo siebie pomnaża różnymi, nieraz paradoksalnymi ścieżkami. A także
tego, że człowiek jest wolny, a więc - że to przez jego czyny realizuje
się przeznaczenie (por. choćby rozmową Froda z Galadrielą). Jest też
jeszcze Opatrzność, pod której dyskretną opieką pozostaje Frodo
(najwyraźniej widzimy ją w
dramatycznym momencie na Amon Hen), choć sięgając Szczelinach Zguby po władzę
nad Pierścieniem, odrzuca ją. Czy dzieła Profesora można interpretować metodą Jungowską? Jeśli
nie, to gdzie należy szukać "tego prawdziwego" klucza
interpretacyjnego? Pisałem już o tym, omawiając w Gwaihirzęciu (nr 50) Powiernika Pieśni M. Błażejewskiego. Oczywiście można. Ale tylko dlatego, że nikomu nie można zabronić dowolnego głupstwa (w końcu żyjemy w wolnym kraju). A choć nauka literatury polega na posługiwaniu się najróżniejszymi narzędziami analizy, uważam, że nadużyciem jest stosowanie takich, które są wyraźnie sprzeczne z jednoznacznie sformułowanymi w analizowanym dziele przekonaniami autora. A dokładnie takim zabiegiem jest interpretacja Tolkiena przy użyciu kategorii Junga czy Freuda. Ideą przewodnią tych i podobnych systemów (imię ich legion) jest bowiem zakwestionowanie różnicy między dobrem a złem, oraz odrzucenie sumienia (jako władzy osądzającej) na rzecz "świadomości" (władzy usprawiedliwiającej). To, oczywiście, w ogromnym skrócie i uproszczeniu. Ale nie jest skrótem ani uproszczeniem stwierdzenie, że są to poglądy radykalnie obce Tolkienowi. Jeżeli szukamy "prawdziwego", a nie jakiegokolwiek lub
odpowiadającego naszym przekonaniom klucza
interpretacyjnego, to szukać go wypada w samym dziele, a także w innych
dziełach autora (dotyczy to nie tylko Tolkiena). Władca
Pierścieni, uważnie czytany, dostarcza nad wyraz jednoznacznych kluczy
interpretacyjnych; wiele też ważnych wskazówek można znaleść w listach
Profesora (przydałby się polski przekład przynajmniej tych najważniejszych,
zawierających obszerne komentarze do Władcy).
Świat, przedstawiony przez Tolkiena, "organizuje", by tak
rzec, etyka czynu i odpowiedzialności. Jego kardynalną zasadą mogłoby być
conradowskie "czyń lub giń" (do
or die). Pisarstwo Tolkiena jest niewątpliwie bliższe Conradowi czy
Kiplingowi, niż LeGuin (nb. większość jej dzieł jest oparta, niewątpliwie
świadomie, na koncepcjach Junga) czy M.Z. Bradley. Śródziemie to
"archetyp", mit Europy - tej najdawniejszej, którą po raz
pierwszy odnajdujemy w dziejach Achilla i Odysa i tej późniejszej, splatającej
grecką czujność sumienia i wiarę w niepowtarzalną wartość jednostki
ludzkiej oraz rzymską wolę i pasję działania z wiarą chrześcijańską
i wynikającym z niej przekonaniem o odpowiedzialności, wykraczającej poza
ten świat. Świat Tolkiena jest w gruncie rzeczy bardzo prosty: rzeczywistość
istnieje (a nie jest jedynie złudzeniem) oraz poddaje się poznaniu i działaniu
człowieka. Dobro i zło są rzeczywiste tak na poziomie fizycznym, jak i
metafizycznym, w obu zajmując stałe i niezmienne miejsca, nie mogąc się
ani zamienić, ani zlać ze sobą. Odróżnienie, co jest złe, a co dobre,
nie przekracza możliwości zwykłego człowieka. Jeżeli jest wybór między
czynieniem a nieczynieniem, należy działać, bo bierność obiektywnie
sprzyja złu. Każdy nasz czyn zmienia świat, ale też - "wraca"
do nas swym dobrem lub złem, zawsze
w jakiś sposób proporcjonalnie do tego czynu... Wszystko to, i daleko więcej,
jest mniej lub bardziej dosłownie zapisane na kartach Władcy
Pierścieni i innych dzieł Tolkiena. Krótko mówiąc - uważam, że dzieło tak jasne, tak oczywiste w swej
wymowie moralnej i treści filozoficznej nie potrzebuje żadnych "zewnętrznych"
kluczy. A jeśli już koniecznie ktoś potrzebuje takiego klucza do Tolkiena
- niech szuka go w Piśmie Świętym. Na pewno na tym nie straci. Jaką rolę pełni religia w utworach Tolkiena? Czy książki Profesora
można nazwać "chrześcijańskimi"? W świecie
przedstawionym we Władcy Pierścieni
religii właściwie nie ma; wzmianki o tym, że bohaterowie (przynajmniej
niektórzy) w coś wierzą, są nieliczne, po części zresztą zniekształcone
w tłumaczeniu. Jednak uważna lektura ukazuje nam poziom transcendentalny
tej opowieści, która nie rozgrywa się jedynie między ludźmi (i istotami
pokrewnymi) a demonami. Inaczej jest z tekstami, tworzącymi tzw Legendarium.
Mamy tam teksty bezpośrednio religijne (nie tylko teo- i kosmogonie, ale też
np. Opisanie Numenoru). Temat
teologicznej "struktury" Śródziemia analizowałem obszernie na
łamach Gwaihirzęcia (nr 32 i
33); poprawiona i poszerzona wersja tego eseju Śródziemia oczekuje na
druk. Ale pytanie o chrześcijański charakter dzieła Tolkiena ma inną treść.
Moim zdaniem jest ono głęboko chrześcijańskie, gdyż wyraża chrześcijańską
w swej istocie prawdę o człowieku i o świecie, choć nie wprost, przez
"pogańskie" (przedchrześcijańskie) legendy. Nie ma w niej tylko
tego, co nie jest dostępne naturalnemu poznaniu Boga przez człowieka, co
musi być Objawieniem. Nb. zupełnie inaczej postępuje Lewis, "tłumaczący"
na język swego mitu samą Ewangelię. Frodo, a przed nim Earendil są
typami (zapowiedziami, poprzednikami) Chrystusa - Maleldil i Aslan to tylko
inne imiona Chrystusem. Seria "Historia Śródziemia" liczy sobie już jedenaście
grubych tomów. Czy publikowanie tych niedokończonych prac Tolkiena ma
wartość poznawczą dla przeciętnego czytelnika? Dla przeciętnego
czytelnika - żadnej. Dla czytelnika poważnie zainteresowanego drogami myśli
Tolkiena (i znającego angielski, bo przekład tych tekstów jest w znacznej
mierze niemożliwy) - ogromną. Historię Śródziemia tworzą
trzy grupy tekstów. Pierwsza, to opowieści i poematy, opowiadające dzieje
I i II Ery, na których oparł się Christopher Tolkien komponując Silmarillion; tu należą także teksty uzupełniające dzieje III
Ery, które weszły do Niedokończonych
opowieści. Druga, to teksty eseistyczne, mówiące np. o rozwoju języków
Śródziemia (z The War of the Jewels
dowiadujemy się np., że istniał język Valarów, a krasnoludzki był mu
najbliższy spośród języków Śródziemia) czy o kosmologii. Wreszcie
trzecia, to zbiór wariantów i notatek do Władcy
Pierścieni. Wydanie tego ostatniego bloku materiałów było moim zdaniem
nieporozumieniem, jeśli nie wręcz nadużyciem. Zostały one bowiem w
oczywisty sposób odrzucone podczas pracy nad dziełem, które zostało
ostatecznie, w sposób niewątpliwie ukończone. Cóż, Profesor miał
zwyczaj nie niszczenia jakichkolwiek rękopisów, pozostawił więc ogrom
materiałów - jako błogosławieństwo i przekleństwo. Dreszcz przechodzi
na myśl, co by było, gdyby używał komputera... Inaczej jest z Legendarium, jak potocznie zwiemy dwie pierwsze grupy materiałów. Zawierają one nie tylko warianty opowieści, znanych z Silmarilliona, ale też teksty "nowe", zupełnie dotychczas nieznane (w tym należące do najlepszych literacko tekstów Tolkiena Rozmowa Finroda z Andreth w Morhoth's Ring oraz fragmenty nie tyle nieukończonej, co na dobre nie rozpoczętej powieści The Lost Road). Warto też pamiętać o tym, że znana nam wersja Silmarilionu nie jest w pełni dziełem Profesora, lecz kompliacją, opracowaną przez jego syna, tak samo, jak Niedokończone opowieści i cała Historia Śródziemia. I nie jest to rekonstrukcja doskonała - Christopher przyznaje się dziś do popełnionych przed ponad piętnastu laty błędów i kto wie, czy po zakończeniu publikacji spuścizny Profesora nie doczekamy się nowej, poprawionej, a zwłaszcza uzupełnionej wersji Silmarilllionu? Książki Profesora to doskonała literatura, która zdobywa sobie wciąż
nowych czytelników na całym świecie. Logicznym następstwem powinna być
popularność Tolkiena we współczesnych mediach - tej jednak jakby nie
widać. Czy twórczość J.R.R. Tolkiena jest nieprzekładalna na język
kina i teatru? To
niezupełnie tak. Nie ma dziś dzieł, nieprzekładalnych na język kina.
Ekranizacja Hobbita, a nawet Władcy Pierścieni
jest wprawdzie bardzo trudna, ale jest możliwa, a niektóre opowieści
z Legendarium wręcz proszą się na ekran - choćby dzieje Turina
Turambara. Podstawową przeszkodą jest problem hobbitów - nie mogą ich
zagrać ani dzieci, ani karły (przykład Willow,
skądindąd znakomitej bajki filmowej zaświadcza to doskonale), wyjściem
byłyby więc chyba zdjęcia trickowe. Teatralizacja Władcy miałaby
szanse pod warunkiem daleko idącej umowności, a także - ogromnych skrótów.
Film można trwać - w kilku seriach - nawet osiem godzin, przedstawienie
teatralne nie może. Były już natomiast pół-teatralizacje - słuchowiska
radiowe; tę formę adaptacji akceptował sam Profesor. Hobbit
miał też adaptacje teatralne dla dzieci (także w telewizyjne), podobnie Dżil.
Podejrzewam jednak, że brak ekranizacji dzieł Tolkiena wynika głównie
ze sprzeciwu przedstawicieli Tolkien Estate, wykonujących prawa autorskie,
którzy albo odmawiają zgody w ogóle, albo stawiają tzw. warunki
zaporowe. I wcale im się nie dziwię po - oględnie mówiąc - dyskusyjnych
rezultatach animacji R. Bakshiego. Mnie zresztą cieszy, że Władca Pierścieni nie został dotąd sfilmowany. Zwłaszcza, odkąd widziałem filmową Diunę... Dobrze, że jest coś we współczesnej kulturze, co opiera się dyktaturze Hollywood, że są książki, które można tylko przeczytać i które trzeba sobie wyobrazić, bez filmowej protezy. Nie wszystko jeszcze stracone... powiedział mól książkowy. Jakie racje przemawiają za tzw. posttolkienistyką, którą
popularyzuje Loża Tolkienowska? Dokładnie
żadne. Podobnie jak za tolkienistyką, grami RPG, fanklubami Garfielda lub
Kubusia Puchatka itd. itp. Ale podobnie żadne racje nie przemawiają
przeciw temu wszystkiemu, w tym i przeciw "posttolkienistyce"
(okropna nazwa!). Nie ma żadnego powodu, dla którego należałoby lub nie
należałoby zajmować się tym i mnóstwem podobnych spraw. To, co robimy w ramach Loży (właściwie - Bractwa Uczonych Królewskiego
Miasta Annuminas), jest w gruncie rzeczy formą RPG. Tyle tylko, że zamiast
w rozmaitych rzezimieszków, barbarzyńców itp. wcielamy się w
intelektualistów, a zamiast rozgrywać przygody w ramach
skonwencjonalizowanego systemu, rozbudowujemy sam system. Że może się to
komuś nie podobać - proszę
bardzo. Nikogo siłą nie ciągniemy. Mi się z kolei bardzo nie podoba
przerabianie Władcy Pierścieni
na grę (ale to już temat następnego pytania) i też nic z tego przecież
nie wynika. Jeszcze w tym roku zostaną wydane polskie edycje gier "Władca
Pierścieni" i "Śródziemie". Jak Pan ocenia gry fabularne - szczególnie te, które rozgrywają się w Śródziemiu -
i ich rosnącą popularność w Polsce? Czy nie stanowią zagrożenia
dla literatury? W RPG nie
gram, ale orientuję się, na czym polegają i przychylnie obserwuję rozwój
tej dyscypliny. Nie wydaje mi się, by mogły one być zagrożeniem dla
czytelnictwa, a jeżeli już - to mniejszym, niż "konwencjonalne"
gry komuterowe. Żeby dobrze grać, trzeba czytać znacznie więcej, niż
tylko podręczniki - w końcu pomysły przygód, w nich zawarte na długo
nie starczą. RPG są też w istocie formą paraliteracką, czy też -
parateatralną i niewątpliwie rozwijają zdolności twórcze. Natomiast adaptowanie konkretnych dzieł literackich na systemy gier
budzi mój sprzeciw. Oczywiście nie mówię tu o Conanach itp. literaturce.
Ale już co do systemu Chaos,
opartego na cyklu Zelaznego mam wątpliwości (nie wiem o nim prawie nic).
Problem polega na tym, że gra wymaga po pierwsze pewnego wyrównania szans,
po drugie - dezindywidualizacji głównych bohaterów. Scenariusz musi mieć
charakter otwarty na różne rozwiązania, także sprzeczne z zamysłem
autora książki, a skoro w bohaterów wcielają się gracze, zachowujący
przecież własną osobowość - takimi, jakich stworzył autor książki,
mogą w RPG pozostać jedynie NPCe. Wróćmy do Tolkiena. Parę lat temu z moim młodszym przyjacielem (wówczas
jeszcze dzieckiem) grywaliśmy w planszową Bitwę
na polach Pellenoru. Po jakimś czasie trudno było nie zauważyć, że
została ona tak spreparowana, że bardziej prawdopodobne było zwycięstwo
sił Mordoru - i istotnie częściej się ono zdarzało. To jeszcze było do
strawienia - ale w podobny sposób "wyrównano" także planszową Wojnę
o Pierścień. Boję się, że z RPG wg Władcy
Pierścieni jest podobnie. A tego już nie mogę zaakceptować - tak nie
wolno postępować z wielką literaturą. Co do MERP, to zdaje się, że daje on możliwość wychodzenia poza fabułę
Władcy Pierścieni w kierunku
"posttolkienistyki" właśnie. Czemu nie... na pewno jest to mniej
kontrowersyjne, niż przykrawanie konkretnej fabuły. Gdybyż tylko pisali
to ludzie, mający pojęcie o czymkolwiek! Np. o etnologii - ze zgrozą
przeczytałem w podręczniku MERP,
że mieszkańcy Khandu, będący stepowymi koczownikami żyli w
matriarchacie!! I żeby tylko to jedno... No i ta mapa-koszmarek, godna
trzeciorzędnej powiastki fantasy, "obudowująca"
spójną i harmonijną mapę Tolkiena. W AD&D
czy innym autonomicznym systemie byłaby ona do przełknięcia, ale jeśli
chce się uzupełniać świat, stworzony przez Tolkiena, trzeba naprawdę
wiele umieć. Dużo więcej, niż tfu-rcy MERP.
Ale cóż, taka jest widać uroda naszych czasów... Krzysztof Lipka - w omówieniu styczniowego Locusa (NF 7/95) - donosi o
pojawieniu się powieści Nika Pierumowa "Kolco t'my" i dodaje
"Niejaki Nik Perumow popełnił dwutomowe dzieło (...) które - sądząc
po opisie - bardziej przypomina Howarda lub Andre Norton niż Tolkiena".
My znamy streszczenie z "Gwaihirzęcia", które świadczy zupełnie
o czymś innym. Jak jest
naprawdę z książką Pierumowa? Czy są szanse na polskie wydanie?
K. Lipka
w NF referuje jedynie opinię jakiegoś Brytyjczyka, który niewątpliwie
książki nie czytał, skoro uważa Rogwołda za trzeciego towarzysza Folko
i Thorina. Poza tym Kolco t'my
nie jest - wbrew temu autorowi - sequelem, gdyż sequel to opowieść o
dalszych losach tych samych bohaterów, a nie inna opowieść usytowana w
tym samych realiach. Niewątpliwie dzieło Pierumowa jest bliższe
Tolkienowi niż Howardowi, o A. Norton nie wspominając. Jest to wielka
przypowieść o człowieku i historii, której autor ma wiele do
powiedzenia, a przy tym rzecz napisana jest z wielkim talentem (tu musicie
mi wierzyć na słowo; mało kto w Polsce miał możność przeczytania tej
książki w całości). A tak na marginesie - skoro redakcja Locusa akceptuje to, że Williams "przerabia" Burzę Szekspira na fantastykę, w dodatku na bardzo współczesnym kopycie (Burza jako metaforyczny opis kolonizacji Ameryki to przecież jawne kpiny!), to jakim prawem odmawia prawa do podobnych działań Pierumowowi? Dlatego, że Tolkien żył tak niedawno - słaba przesłanka. A może dlatego, że Pierumow jest Rosjaninem, a nie Anglosasem? To drugie jest bardziej prawdopodobne - spotykałem się już z opiniami, zgodnie z którymi "prawdziwą " fantastykę mogą tworzyć jedynie Anglicy i Amerykanie Nie widzę racjonalnych przesłanek, by odmawiać prawa do poruszania się
w "cudzym" świecie literacko-mitycznym (co innego jest z
konkretnymi bohaterami, choć "powielania" przygód Conana bym się
nie czepiał). Powszechnie akceptujemy przecież kolejne opowieści arturiańskie,
adaptacje tematów szekspirowskich (które także były na ogół
adaptacjami ówczesnej nowelistyki) czy Cervantesa. Jest tylko kwestia
poziomu. Świat Tolkiena stanowi wyjątkowo trudne wyzwanie. Pierumow, moim
zdaniem, sprostał mu. Nie mam
aktualnych wiadomości co do perspektyw wydania tej książki po polsku.
Interesowała się tym ALFA, nawet proponowano mi zajęcie się tłumaczeniem
(ze względów czasowych musiałem odmówić), może więc coś się dzieje.
Prawdę mówiąc, nie interesuję się tym - w tej sprawie zrobiłem już,
co do mnie należało. Polskie wydanie może jednak napotkać na przeszkody,
związane z prawami autorskimi do konwencji wypracowanej przez Tolkiena. W
Rosji, notorycznie nie przestrzegającej praw autorskich, można właściwie
wszystko - polski wydawca może nie zdecydować się na publikację,
naruszającą międzynarodowe prawo autorskie. Ale nie mam pewności,
co wolno w tym zakresie, co zaś jest zastrzeżone i wymaga zgody właściciela
praw. Czy polskie przekłady dzieł Tolkiena można uznać za dobre i rzetelne? Jeśli nie, to gdzie tkwią podstawowe błędy. Podstawowym
niedostatkiem (bo nie błędem) wszystkich tłumaczy Tolkiena, nie wyłączając
tych najlepszych (P. Breiter i A. Sylwanowicz) jest brak wyczucia języka
dostojnego, hieratycznego i tego, czym się on różni od języka po prostu
poprawnego. Trudno się zresztą dziwić - nikt w Polsce, nawet na wydziałach
polonistyki nie uczy tego już od dziesięcioleci. A Tolkien stawia pod tym
względem szczególnie wysokie wymagania - Władca
Pierścieni stanowi wyzwanie dla tłumaczy takich jak Barańczak czy Słomczyński.
Przekłady M. Skibniewskiej, już poniekąd "kanoniczne" to
przekłady rzemieślnicze, nie artystyczne (nie jest to zarzut, ale
stwierdzenie faktu). Są one (oprócz Silmarillionu)
poprawne językowo, nie mogą jednak oddać bogactwa i zróżnicowania języka
Tolkiena. Jest w nich natomiast b. wiele błędów merytorycznych (ciągle
odkrywam nowe). Natomiast wydanie przekładu Silmarilliona
w znanej wersji, a tym bardziej jego wielokrotne wznawianie jest po prostu
skandalem. W tekście tym naliczyłem dobrze ponad 1000 błędów, wiele z
których powtarza się parokrotnie. Do tego rzecz jest napisana fatalną
polszczyzną. Jeżeli moje wiadomości są ścisłe, Czytelnik
wydał szkic, pozostawiony przez zmarłą M. Skibniewską bez jakiegokolwiek
opracowania redakcyjnego; to, że jej spadkobierca zabronił wprowadzania
zmian nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem. Osobnym problemem są wiersze - poezja Tolkiena, acz nie nazbyt wysokich
lotów, jest trudna w tłumaczeniu, gdyż opiera się w znacznej mierze na
aliteracji, obcej poetyce polskiej. W. Lewik tłumaczył je tak, jak wiersze
dla dzieci (do przyjęcia tylko w dwu - trzech wypadkach), do tego - moim
zdaniem - nie czytał on Władcy Pierścieni. Znaczną część tych wierszy przełożyłem
na nowo, pracuję nad następną "serią". Przekład Przygód Toma Bombadila jest już lepszy (z wyjątkami, bo z Piosenką
o trollu Lewik dał sobie radę znacznie lepiej), ale nie dość dobry -
widać, że tłumaczce w pewnym momencie zaczęło się śpieszyć, co odbiło
się na efektach jej pracy. Zdradzę tu, że w 1979 r. skierowałem listy do wydawców Władcy
Pierścieni i Hobbita.
W pierwszym z nich "punktowałem" ok. 150 błędów, w
drugim - kilkanaście. Znaczna większość wskazanych przeze mnie pomyłek
w przekładzie Władcy została
przez M., Skibniewską skorygowana; niestety, dostrzegłem wówczas jedynie
drobną ich część. Natomiast w przekładzie Hobbita nie wprowadzono żadnych poprawek, wciąż więc straszą
elfy "lekkie"
i "podziemne"
(w wyd. II s. 132); gdy powinniśmy czytać o "jasnych" lub "świetlanych"
(fair) oraz "głębokich" tj. mądrych (deep - na to właśnie znaczenie wskazał sam Tolkien). Niestety, nie ma szans na poprawienie istniejących przekładów Hobbita,
Władcy Pierśceni i Silmarillionu.
Spakobierca (chyba syn) M. Skibniewskiej zabrania wprowadzania do nich
jakichkolwiek zmian (nawet postawienia "z głowy na nogi"
inskrypcji na Pierścieniu - powtarzany w nieskończoność błąd redaktora
techniczego I wydania; z podobnych powodów rysunek Drzwi Morii jest odwrócony
stronami). Obawiam się więc, że na te przekłady będziemy zdani i w
przyszłości - wątpię, by znalazł się ktoś odpowiednio kompetentny, by
podjąć taki trud i wydawca, skłonny do zaryzykowania wprowadzenia ich na
rynek. A nowe przekłady niewątpliwie by się przydały. Jakie są Pańskie plany związane z Tolkienem? Kiedy poprawna wersja
"Mythopoei" ujrzy światło dzienne? Jesienią
w Gwaihirzęciu ukaże się moje omówienie The War of the Jewels. Poza tym po dwuletniej przerwie wracam do tłumaczenia
wierszy z Władcy Pierścieni, na
efekty jednak przyjdzie poczekać. Innych zamierzeń w tej chwili nie mam
(pomijam teksty "posttolkienistyczne", tu wciąż coś dłubię).
Może znów pojawi się jakieś głupstwo, ktore pobudzi mnie do polemiki,
albo tekst, godny omówienia? Dr. J. Lichański przygotowuje zbiór prac różnych autorów pt. Polska
recepcja Tolkiena. Znajdzie się w nim wspomniany wyżej esej o teologii
Śródziemia. Trudno tu mówić jednak o zamierzeniach - tekst oddałem zeszłej
jesieni, czekam na korektę. Wątpię, by książka ta mogła ukazać się w
tym roku. Co do przekładu Mythopoei, to
redakcja NF, o ile wiem, nie może zdobyć praw autorskich. Na razie czekam
na wyjaśnienie sytuacji. Być może zdecyduję się na publikację tego tłumaczenia
w Gwaihirzęciu, ale nie podjąłem jeszcze decyzji. Nie chcę wyjść
na pirata. Ale nie mówiłbym o moim przekładzie jako o wersji
"poprawnej". Jest to przekład dostatecznie dobry i wierny, ale z
pewnością można przełożyć ten poemat lepiej lub wierniej, a może
nawet i lepiej i wierniej jednocześnie. Dziękuję
za wywiad i życzę nowych sukcesów. Wywiad przeprowadził Tomek Gubała Wywiad
został przeprowadzony drogą korespondencyjną w sierpniu 1995 roku TADEUSZ ANDRZEJ OLSZAŃSKI - pracuje w Ośrodku Studiów Wschodnich jako specjalista od problematyki ukraińskiej. Inne jego pasje to górskie wędrówki, literatura fantastyczna oraz poezja (opublikował tomik wierszy Czar Ognia, 1995). W Sekcji Tolkienowskiej ŚKF znany jako Halbarad Dunadan, autor wielu artykułów w Gwaihirzęciu i Simbelmynë. Czytelnikom książek Tolkiena znany jest również m.in. jako autor nowych przekładów wierszy z Władcy Pierścieni (1996) oraz tłumacz "zielonej serii" wydawnictwa Amber |
|
|
|
|
|
Inklingowie wciąż żywi wywiad z Colinem Duriezem |
|
|
|
|
|
|
|
|
Skąd wzięła się Pańska
fascynacja twórczością C.S. Lewisa i J.R.R. Tolkiena? O
Lewisie dowiedziałem się po raz pierwszy jeszcze w czasach, gdy jako
nastolatek chodziłem do szkoły. Przeczytałem wtedy książkę O wierze
i moralności chrześcijańskiej, a przyjaciel polecił mi powieści
science-fiction Lewisa. Co ciekawe, nigdy przedtem nie czytałem Opowieści
z Narni... A Tolkien? To właśnie dzięki mojej fascynacji Lewisem
dowiedziałem się o Tolkienie. Oczywiście zaraz przeczytałem Hobbita
i Władcę Pierścieni. Czy
o twórczości Inklingów można jeszcze powiedzieć coś nowego po
publikacji książek Humphrey’a Carpentera? Tak,
oczywiście, że jest to możliwe! Carpenter napisał swoje książki wiele
lat temu i od tego czasu przeprowadzono wiele interesujących badań dotyczących
Inklingów. Zresztą i ja będę mieć tu coś nowego do powiedzenia - właśnie
pracuję nad nową książką o Inklingach. Książka formą nawiązuje do
moich wcześniejszych publikacji i podobnie jak one będzie mieć formę
kompendium wiedzy o oksfordzkich twórcach. Mam nadzieję, że ukaże się
ona jeszcze w końcu tego roku. Co
zatem Pan sądzi o publikowaniu takich książek jak “Historia Śródziemia”,
czy też prywatnych listów Tolkiena i Lewisa? Uważam,
że jest to w porządku wobec tych pisarzy. Silmarillion również
nie został ukończony przed przed śmiercią Tolkiena, a przecież nikt nie
ma Christopherowi za złe, że podjął się jego publikacji. Uważam zresztą,
że Christopher Tolkien i Walter Hooper (redaktor niedokończonych tekstów
Lewisa - przyp. red.) są bardzo dobrymi badaczami. Ja sam z niecierpliwością
oczekuję na publikację nieznanych dotąd listów C.S. Lewisa. Wszystkim
natomiast polecam znakomite archiwa Marion E. Wade Collection w Wheaton
College, z których nieraz korzystałem. Czy
jednak w świecie komputerów wciąż istnieje miejsce dla książek
Tolkiena i Lewisa? Cóż,
uważam, że komputery bardzo ważną, lecz ograniczoną rolę. Moim zdaniem
książka to wynalazek techniczny dużo lepszy niż... komputer. Nie
potrzeba do niej baterii, a jej system operacyjny jest niezawodny. A poważnie
- role komputera i książki doskonale się przecież uzupełniają. Zresztą
Internet to dla mnie taka globalna książka ze stronami na ekranie
monitora. Komputer jest bardzo przydatnym narzędziem badań i poszukiwań,
ale powieści z ekranu wciąż czyta niewielu... A
teraz kolejne pytanie z Tolkiena. Czy czytelnik nie będący chrześcijaninem
jest w stanie prawidłowo odczytać sens książek Tolkiena? Oczywiście
książki Tolkiena są napisane z chrześcijańskiego punktu widzenia, więc
chrześcijanin wiele zyskuje, z góry wiedząc, którymi ścieżkami podążać...
Przesłanie powieści staje się wówczas czytelniejsze, choć oczywiście
nie trzeba nawet być człowiekiem wierzącym, by znakomicie odczytać i
zinterpretować dzieła Tolkiena. To po prostu jeden z punktów widzenia,
jedna z możliwych interpretacji. Wiemy,
że jest Pan w Polsce po raz pierwszy. Czy Pana zdaniem Polacy mają coś
wspólnego z Hobbitami? Tak,
podobnie zresztą jak wszyscy Europejczycy. Wczoraj zjadłem po raz pierwszy
w życiu polski obiad i... smakował mi. Wydaje mi się, że Hobbitom również
spodobałaby się polska kuchnia. Dziękujemy za wywiad i życzymy
dalszych sukcesów. Rozmawiali COLIN DURIEZ - badacz twórczości Inklingów, członek The Tolkien Society i główny redaktor Inter-Varsity Press. Obecnie mieszka w Leicestershire wraz z żoną Barbarą i dwójką dzieci. Autor The C.S. Lewis Handbook (1990) i The Tolkien and Middle-earth Handbook (1992), w przygotowaniu jest jego książka o Inklingach. W listopadzie 1998 był gościem specjalnym sesji jesiennej Akademii Myśli Chrześcijańskiej, podczas której przeprowadziliśmy niniejszy wywiad.
|
|

