Droga pod Górę Przyjaźni 

Cezary Karolczak

 

 

Srebrnemu Listeczkowi

 

 

˜Ων η σοφία παρασκευάζεται εις την του όλου βίου μακαριότητα,

πολύ μέγιστόν εστιν η της φιλίας κτησις[1].

Wejście

Mówienie o przyjaźni, a o tym jest niniejsza praca, jest dzisiaj anachronizmem. W zalewie różnorodnych informacji, przekazów, wzajemnych oskarżeń, mitów, zinterpretowanych faktów przyjaźń umyka na plan dalszy, zaszywa się gdzieś w kącie, umiera. Owszem, pojawia się wciąż jeszcze jako słowo, ale w tak różnych znaczeniach, że nie sposób już powiedzieć, kto jest czyim przyjacielem. Łatwo przychodzi na usta, powtarzany w niejednym popularnym programie rozrywkowym, slogan: „on jest moim przyjacielem, ona jest moją przyjaciółką”, pomimo że spotkali się ledwie kilka godzin wcześniej. Nie zamierzam tutaj biadolić nad współczesną, faktem faktów dość infantylną, rzeczywistością. Czyżbym już stanął po drugiej stronie? Być może gloryfikowanie przyjaźni, powrót do jej klasycznych znaczeń i lektura nieczytanych tekstów umieszczają mnie poza codziennym wirem medialnym. Och! Jakiż jestem niecodzienny!

Tekst traktuje, jak już wspomniałem, o przyjaźni. O najwspanialszym związku międzyludzkim. Główną osią, wokół której obracają się moje rozważania jest greckie słowo η φιλία. Ma ono wiele znaczeń, choć przyjęło się w pierwszej kolejności tłumaczyć je jako przyjaźń. Grecka przyjaźń pochodzi od podobnie brzmiącego czasownika φιλέω – kocham, lubię. Już w starożytności filozofowie poświęcający swoje rozważania problematyce przyjaźni (choćby Platon, Arystoteles, Epikur, Cyceron) różnili się co do sensu tego słowa. Niemniej jednak byli w jednym zgodni – przyjaźń ma ogromną wagę w życiu człowieka.

Bliskość znaczeniowa przyjaźni i miłości doprowadzała niekiedy do ich utożsamienia, zwłaszcza, gdy miłość ograniczano do miłości erotycznej. W czasach powrotu do ciała, w naszych ulotnych czasach, doszło do zastąpienia przyjaźni krótkotrwałym związkiem o erotyczno-przyjemnościowym charakterze. Dlatego też położyłem silny nacisk na moment stałości w przyjaźni.

W tekście znalazło się wiele mocnych tez, które niejako rzucam w eter, nie rozwijam ich i nie poddaję żmudnej procedurze uzasadniania. Np. można nie zgadzać się z tezą dotyczącą związku między Frodem a Samem. Nie jest to bowiem przyjaźń rozumiana zgodnie z duchem greckiej φιλία. Sam do końca pozostaje sługą Froda, a Frodo panem Sama. Ta nierówność jest główną przeszkodą ostatecznego zjednoczenia tych dwóch dusz. Podobnych krytycznych momentów w pracy jest więcej. Zdaję sobie z nich sprawę. Chcę jednak powiedzieć, że moim celem nie było podanie wyczerpującej analizy przyjaźni u Tolkiena. Wiele osób zrobiłoby to z pewnością znacznie lepiej. Zaczynałem raczej od samej przyjaźni, jej roli w życiu człowieka oraz problemów jakie przed nią stoją. Dopiero później pojawiła się możliwość wplecenia wątków tolkienowskich, okołotolkienowskich i innych. W ten sposób powstała tkanina (oczywiście, gdzieniegdzie dziurawa i prująca się nieco) utkana z wielu różnych tekstów i przeogromnej ilości znaczeń. Długo myślałem o zmierzeniu się z problematyką przyjaźni. W końcu powstał tekst, który za chwilę usłyszycie.

Podobno[2] na frontonie bramy, prowadzącej do ogrodu Epikura, widniał napis: „Gościu, tutaj będzie ci dobrze, tutaj najwyższym dobrem jest przyjemność”. Mam nadzieję, że te kilka chwil nie uznacie za zmarnowane, a słuchając, wspomnicie przyjemne chwile spędzone w gronie waszych przyjaciół. Nie pozostaje nic innego jak użyć tajemnego zaklęcia spod bramy Morii: Powiedz przyjacielu i wejdź.

U podnóża

„Od południa i zachodu zwrócony ku ciepłym dolinom Anduiny, od wschodu osłonięty ścianą Efel Duathu, lecz na tyle od niej odległy, że nie padały nań cienie gór, od północy chroniony przez pasmo Emyn Muil, kraj ten stał otworem dla powiewów południa i wilgotnych wiatrów od dalekiego morza. Wiele olbrzymich drzew zasadzonych w niepamiętnej przeszłości, starzało się bez opieki wśród tłumu swego niedbałego potomstwa; w zaroślach i gajach stały zbitą gęstwą tamaryszki, aromatyczne drzewa terpentynowe, oliwki i wawrzyny. Rósł także jałowiec i mirt, tymianek krzewił się bujnie i rozpełzał zdrewniałymi pędami wśród kamieni okrywając je grubym kobiercem; rozmaite odmiany szałwi kwitły błękitem, czerwienią lub jasną zielenią; obok majeranku i pietruszki Sam dostrzegał rozmaite wonne ziółka, których nie spotkał w swojej ogrodniczej praktyce w ojczyźnie. Ściany i rozpadliny pstrzyły się od rozpełzłych skalnych pnączy. Prymule i anemony kwitły wśród poszycia leśnego, asfodele i różne kwiaty liliowate kołysały w trawie na pół otwartymi koronami, a ciemniejsza zieleń otaczała jeziorka, rozlane w miejscach, gdzie spadające z gór potoki zatrzymywały się w chłodnych zagłębieniach na swej drodze ku Anduinie.

Wędrowcy odwrócili się od drogi i zeszli niżej. Kiedy przedzierali się przez zarośla i brodzili w trawie, słodkie zapachy biły im w nozdrza. Gollum krztusił się i prychał, ale hobbici wciągali powietrze w płuca jak mogli najgłębiej, a Sam w pewnej chwili zaśmiał się w głos, po prostu z nadmiaru radości. Trzymali się biegu strumienia, który raźno spływał w dół, aż doprowadził ich do czystego jeziorka w płytkiej kotlinie; woda lśniła wśród ruin starego kamiennego zbiornika, jego rzeźbione obmurowanie zarosło niemal całkowicie mchem i głogiem. Kosaćce otaczały je wkoło kwiecistymi szablami, lilie wodne rozkładały płaskie liście na ciemnej, porysowanej drobnymi zmarszczkami tafli; jezioro było głębokie i chłodne, a u jego drugiego końca nurt odpływał dalej przez kamienny próg”[3]. Cudowne Ithilien jest dobrym punktem wyjścia dla naszych rozważań. To tutaj Sam i Frodo będą posilać się, tuż przed ostatnim etapem podróży do Mordoru, smakowitą potrawką z królika. Tu także zamieszka pewna młoda para – Eowina i Faramir. Ithilien jest zacisznym zakątkiem, w którym przyjaźń i życzliwość znajdują swoje potwierdzenie w otaczającym pięknie przyrody. Nic więc dziwnego, że każdorazowa ingerencja sił zła w tą urokliwą krainę rani znacznie bardziej niż podobna agresja w jakikolwiek inny zakątek Śródziemia.

Frodo znużony zasypia w paprociach, a Sam – jego wierny druh, sługa, przyjaciel czuwa i szepce znamienne słowa: „Kocham go. Jest, jaki jest, a czasem prześwieca dziwnie. Ale tak czy owak, kocham go”[4]. Czyż trzeba więcej, by podkreślić więź między dwojgiem? Kocham go, bo jest taki, jaki jest – opanowany, cierpliwy i miłosierny. Wie co robić w trudnych sytuacjach, choć pochodzi z tego samego co ja kraiku na Północy. Dźwiga ciężar, pomimo że jest on dla niego wyraźnie za ciężki. Mimo to kroczy naprzód nie zważając na trudy i wysoce prawdopodobną klęskę. Kocham go, bo i on mnie kocha. Wziął mnie ze sobą na niebezpieczną wyprawę pomimo mojej nadmiernej ciekawości. Obdarzył mnie zaufaniem, choć inni nasi towarzysze zasługiwali bardziej. To dzięki niemu zobaczyłem elfy i wiele innych cudów, o których będę godzinami opowiadał Dziaduniowi. Tak, kocham go, mimo że czasami nie rozumiem jego zachowań, a jego twarz jakoś tak wyszlachetniała. Zatem zrobię memu panu potrawkę z królika. Szkoda tylko, że nie ma cebulki, talerzy i ziemniaków.

Kilka dni[5] przed wspomnianym odpoczynkiem, w stolicy Rohanu miało miejsce przedziwne spotkanie. Dobrze zapowiadający się mężczyzna spotyka piękną kobietę. „Kobieta zawróciła wolnym krokiem do pałacu. W progu obejrzała się raz jeszcze. Oczy miała poważne i zadumane, a na króla patrzała ze spokojną litością. Była bardzo piękna, włosy spływały na jej ramiona jak rzeka złota. W białej sukni przepasanej srebrem wydawała się smukła i wiotka, lecz zarazem mocna jak stal i dumna, jak przystało córce królów. Tak się zdarzyło, że Aragorn w pełnym świetle dnia zobaczył Eowinę, księżniczkę Rohanu, piękną i chłodną jak poranek wczesnej wiosny, nie rozkwitłą jeszcze pełnią kobiecej urody. I w tej samej chwili ona dostrzegła Aragorna; spadkobierca królewskiego rodu, mądry mądrością wielu zim, chwałę swoją krył pod szarym płaszczem, lecz Eowina ją wyczuła. Na sekundę jakby skamieniała w bezruchu, lecz zaraz ocknęła się, odwróciła i szybko odeszła”[6]. Cóż mogło wyniknąć z tego spotkania? Dziś żądalibyśmy rozwoju akcji w przewidywalnym przez wszystkich kierunku. Heros spotyka młodą dziewczynę, której nie brak, jak się później okazuje, męskiego wigoru, zostają kochankami, by później rozstać się w przykrych okolicznościach. On wraca do kobiety mu przeznaczonej, ona ginie w walce z potworem. Tak jednak się nie dzieje. Być może Aragorn jest za bardzo boski, by poddać się pokusie spędzenia upojnych chwil z Eowiną – jest przecież królem. A król nie może sobie pozwolić na to, by własne czyny stały się dla poddanych przykładem godnym potępienia. Ponadto, a może przede wszystkim, zaprzedałby się temu co nietrwałe i przemijające - chwilowej uciesze, która szybko przerodziłaby się w codzienne wyrzuty sumienia. Prześledźmy jednak losy Aragorna i Eowiny, by dostrzec pewną ścieżkę, po której może wędrować zauroczenie.

Eowina spotyka Aragorna w Edoras. Podczas spotkania z Theodenem księżniczka podawała gościom puchar z winem. „Przed Aragornem zatrzymała się na długą chwilę i podniosła ku niemu błyszczące oczy. Aragorn spojrzał z uśmiechem w jej piękną twarz; gdy brał kielich, ręce ich spotkały się i poczuł, że księżniczka zadrżała”[7]. Kilka dni później Aragorn powtórnie przyjeżdża do Edoras. W Dunharrow wyjawia Eowinie plan dalszej wyprawy Ścieżką Umarłych.

„ – Ależ to szaleństwo! – zawołała. – Są z tobą sławni i mężni rycerze, których nie w cień śmierci godzi się prowadzić, lecz na pole walki, gdzie bardziej są potrzebni. Błagam cię, zostań. Pojedziesz do Edoras wraz z moim bratem. Twoja obecność pokrzepi serca i doda nam wszystkim nadziei”[8]. A gdy zostali na chwilę sami księżniczka, której Aragorn polecił zostać wraz z jej ludem, w pełnej napięcia rozmowie okazuje swoje uczucia: „– Jeźdźcy, którzy ci towarzyszą, także nie mają tego obowiązku. Jadą ponieważ nie chcą rozstać się z tobą, ponieważ cię kochają. Odwróciła się i znikła wśród nocy”[9]. Nawet błagania następnego dnia nic nie wskórały. Aragorn odjeżdża, choć ból wynikły z rozdarcia pomiędzy własnym losem, a widokiem cierpiącej księżniczki był nie do zniesienia. „Eowina stała niby posąg kamienny, opuściwszy ramiona, i zaciskając pięści patrzyła za odjeżdżającymi, póki nie skryli się w cieniu pod czarną ścianą Dwimorbergu, Nawiedzanej Góry, w której otwierała się Brama Umarłych. Kiedy znikli jej z oczu, zawróciła i potykając się jak ślepiec poszła ku domowi”[10].

W tym samym czasie w Ithilien Frodo z Samem spotykają Faramira i jego oddział. Po raz pierwszy od kilku dni widzą ludzi, którzy są im życzliwi. Faramir okazał się człowiekiem mniej porywczym od swojego brata Boromira. W monologu wyjawia głęboko ukryte pragnienie:

„– Pragnąłbym tylko ujrzeć znów Białe Drzewo, kwitnące na dziedzińcu królewskim, powrót Srebrnej Korony i Minas Tirith zażywającą pokoju; chciałbym, żeby Minas Anor jak ongi jaśniała światłem, smukła i piękna, jak królowa wśród innych królowych; nie chciałbym, żeby była panią mnóstwa niewolników, nawet gdyby była łagodną panią dobrowolnych niewolników. Wojna jest nieuchronna, skoro trzeba bronić życia przed niszczycielem, który wszystkich nas by pożarł; ale nie kocham lśniącego miecza za ostrość jego stali, nie kocham strzały za jej chyżość ani żołnierza za wojenną sławę. Kocham tylko to, czego bronią miecze, strzały i żołnierze: kraj ludzi z Numenoru. I chcę, żeby go kochano za jego przeszłość, za starożytność, za piękno i za dzisiejszą mądrość. Nie chcę, żeby się go lękano, chyba tak tylko, jak lękają się ludzie czcigodnego, rozumnego starca”[11]. Te słowa poruszają bo są wyrazem wielkiej tęsknoty za spokojem, którego podczas wojny trudno zaznać. Pasują one także do charakteru Ithilien, które wraz ze swymi zapachami i kolorami jest miejscem odpoczynku dla strudzonych wędrowców. Ten spokój jest spokojem przyjaźni, gdyż przyjaźń jest oszczędna w emocjach, cierpliwa i stała. Nie dziwią więc pożegnalne słowa Faramira do Froda: „Wiedz, że nie mam nadziei ujrzeć cię kiedykolwiek pod słońcem tej ziemi. Będę jednak odtąd przyjacielem twoim i całego twojego plemienia”[12].

Gdy Aragorn schyla się nad ciężką chorą Eowiną, wyjawia Eomerowi prawdę o nieszczęściu księżniczki.

„Wśród ciosów, które nam los gotuje na tym świecie, mało jest równie gorzkich i tak zawstydzających dla męskiego sercam jak miłość ofiarowana przez piękną i godną czci dziewczynę, gdy jej nie można odpowiedzieć wzajemnością. Ból i żal ani na chwilę nie opuściły mnie, odkąd w Dunharrow pożegnałem księżniczkę tak głęboko zrozpaczoną, aby przemierzyć Ścieżkę Umarłych, i żaden strach na tej Ścieżce nie stłumił we mnie lęku o dalsze losy Eowiny A jednak, Eomerze, wiem, że ciebie ona kocha głębiej niż mnie. Ciebie bowiem zna dobrze, we mnie zaś pokochała tylko cień i marzenie, nadzieję sławy i wielkich czynów, urok nieznanych krajów, odległych od stepów Rohanu”[13]. Urzczenie minęło, Eowina została uleczona i jest gotowa na przyjęcie miłości związanej nićmi przyjaźni.    

W Minas Tirith Faramir poznaje księżniczkę Rohanu. „ – A więc powiem ci, Eowino, że jesteś piękna. W dolinach pośród naszych gór rosną prześliczne jasne kwiaty, a piękniejsze od nich są nasze dziewczęta. Ale żaden kwiat i żadna dziewczyna, które dotąd znałem, równać się nie mogą z księżniczką, którą teraz spotkałem w Gondorze, uroczą i smutną. Kto wie, może zaledwie kilka dni nam zostało, może wkrótce już Ciemności ogarną nasz świat; gdy się to stanie, mam nadzieję, że mężnie spojrzę w twarz klęsce; byłoby mi jednak lżej na sercu, gdybym mógł napatrzeć się tobie, dopóki jeszcze słońce świeci. Oboje nas musnął swym skrzydłem straszny Cień i ta sama ręka zawróciła nas na drogę życia”[14]. Los połączył tych dwoje samotnych ludzi. Ona, dumna księżniczka przeciwstawiająca się życiu „w klatce”, uciekała na pola bitew – teraz postanawia pomagać innym. On w końcu przestanie być rycerzem – pragnienie stanie się rzeczywistością.

„– Stoję na murach Minas Anor, Wieży Słońca – powiedziała. – Cień zniknął. Nie będę już dziewiczym rycerzem, nie ruszę w pole z jeźdźcami Rohanu, nie znajdę szczęścia w bojowych pieśniach. Będę uzdrowicielką, pokocham wszystko, co rośnie i co nie jest jałowe. – Spojrzała znów w oczy Faramira. – Nie pragnę już być królową.

Faramir roześmiał się wesoło.

– To dobrze! Bo ja nie jestem królem. Ale będę mężem Białej Księżniczki Rohanu, jeśli się na to zgodzi. Pojedziemy za Rzekę, w szczęśliwej przyszłości zamieszkamy w Ithilien i tam, na tej pięknej ziemi założymy ogród . Wszystko będzie rosło i radowało się z przybycia Białej Księżniczki”[15]. W ten sposób przyjaźń łączy się z miłością. Wielkie uczucie, by było trwałe wymaga utraty tego, co wydaje się nam być cechą naszej osobowości. Ale tylko nam się wydaje. By być z innym należy wyzbyć się nadmiaru samego siebie.

Strome zbocze

„Mój przyjaciel mieszkał w tym mieście.

W mgliste dni jesienne włóczyliśmy się po jego ulicach nie męcząc się, chodziliśmy od knajpy do knajpy nie upijając się, byliśmy jak dwaj wieczni ludzie, między nami płonęła jasność świata. Gdy zbliżała się północ, odprowadzał mnie do domu. Potem ja odprowadzałem jego. Potem on znowu mnie. Zaczynało dnieć.

(...)

Na rogu ulicy przed bankiem stała młoda dziewczyna, która sprzedawała piękne kwiaty.

Widzieliśmy, jak powstaje piękny świat, podobnie jak krajobraz w pięknej letniej szacie wynurza się ze swymi górami, wodami i równinami z miękkich welonów mgły o świcie. To my stwarzaliśmy świat. Podziwialiśmy jego piękno w świetle poranka. Robiliśmy z jesieni wiosnę, z nocy dzień, z mgły słońce. Otwieraliśmy ramiona do wszystkich, którym było ciężko. I oto patrzcie: ślepi widzą, chromi chodzą. A do wszechmogącego Boga mówiliśmy: odpuszczają ci się grzechy twoje!

W piątki siadywaliśmy przed kościołem Św. Tomasza i patrzyliśmy szczęśliwi na gołębie fruwające koło bramy kościelnej i na ozdobne smukłe wieżyczki czekając, aż zegar wybije drugą i zacznie śpiewać chór chłopięcy. Dla nikogo duch święty pod postacią gołębia nie był sprawą bardziej oczywistą czy mniej mistyczną, a hymny do Pana na niebiosach stanowiły taką część naszej istoty, że nawet msza h-moll była tylko głosem, który szeptał nam w piersi słowa: „To ty.”

Dwóch ludzi: jedno marzenie. Dwóch ludzi: jeden hymn. Dwóch wiecznych ludzi”[16].

W języku szwedzkim i norweskim mówi się min ven [norw. min venn; szwedz. min vän] – mój przyjaciel. Czyż może być coś prostszego? Halldór Kiljan Laxness dotyka bardzo starego poetyckiego wyrażenia, które wielokrotnie powraca w tekstach o przyjaźni. „Jedna dusza [w różnym ciele].” pojawia się w Etyce nikomachejskiej[17], a swój pełny kształt ujawniają Wyznania św. Augustyna: „Otóż odczuwałem, że moja i jego dusza były jedną duszą w dwóch ciałach i dlatego wstrętne mi było życie, bo nie chciałem żyć jako „połowa samego siebie” i może dlatego tak bardzo lękałem się śmierci, że nie chciałem, aby „cały” umarł ten, którego tak bardzo kochałem”[18]. W XX wieku Tadeusz Kotarbiński w swoich rozważaniach o miłości i przyjaźni powrócił do sentencji Augustyna i pisał: „Można śmiało powiedzieć, że miłość – to dwie dusze w jednym ciele, przyjaźń – to jedna dusza w dwóch ciałach”[19]. Podobnie, choć odmiennie rozkładając akcenty, mówi Karol Wojtyła w Miłości i odpowiedzialności: „Ja chcę dobra dla ciebie, tak jak chcę go dla siebie samego, dla mojego własnego „ja”. Tym wzorem można by ująć treść i strukturę przyjaźni. Występuje w nim, jak widać, benevolentia, czyli życzliwość (ja chcę dobra dla ciebie), oraz znamienne „zdwojenie” podmiotu, zdwojenie „ja”: moje „ja” i twoje „ja” stanowi moralną jedność, jednakowo życzliwie bowiem odnosi się wola do obu. Siłą faktu więc twoje „ja” staje się niejako moim, żyje w moim „ja”, tak jak ono samo w sobie. Tym tłumaczy się samo słowo „przyjaźń”. Zawarte w niej zdwojenie „ja” uwydatnia momenty osobowego zjednoczenia, które przyjaźń niesie wraz z sobą”[20].

Mamy już zarysowany punkt startu, który jest jednocześnie, o ironio, punktem dojścia. Dążymy, by przyjaźń była związkiem, w którym dwa ciała mają jedną duszę, dwie osoby zgadzają się ze sobą. Nie oznacza to bynajmniej zgodności w poszczególnych sprawach życiowych. Jest to raczej zgodność związana z szacunkiem żywionym do przyjaciela. Przyjaciel nie może poczuć się osamotniony, zawiedziony, ma czuć w nas wsparcie w chwilach niepowodzeń. W przyjaźni ważny jest status opiekuna. Moment opieki w przyjaźni uchwycił Kotarbiński w postawie opiekuna spolegliwego: „Opiekun wtedy jest spolegliwy, kiedy można słusznie zaufać jego opiece, że nie zawiedzie, że zrobi wszystko, co do niego należy, że dotrzyma placu w niebezpieczeństwie i w ogóle będzie pewnym oparciem w trudnych okolicznościach”[21]. Ten wzorzec doskonale realizuje Sam, który, chociaż jeszcze nie wie co go dalej w podróży czeka, mówi: „Nie umiem tego wyrazić, ale po dzisiejszej nocy patrzę na to inaczej. Jak gdybym widział drogę przed sobą. Wiem, że pójdziemy bardzo daleko, w ciemność. Ale wiem też, że nie mogę zawrócić. Już nie marzę o zobaczeniu elfów ani smoków, ani gór; sam nie wiem dokładnie, czego pragnę, ale na pewno mam jakiś obowiązek do spełnienia, zanim się skończy ta wyprawa, a czeka on na mnie gdzieś poza granicami Shire’u. Muszę to spełnić do końca...”[22]. Podobnie, choć z większą pewnością wypowiada się Merry: „Możesz nam zaufać, że cię nie opuścimy w dobrej czy złej doli, choćby do najgorszego końca. Możesz nam też ufać, że strzec będziemy twojej tajemnicy lepiej, niż ty sam jej strzegłeś. Ale nie licz na nas, byśmy ci pozwolili samotnie stawiać czoło niebezpieczeństwu i odejść od nas bez słowa. Jesteśmy twoimi przyjaciółmi. A w każdym razie tak się rzecz przedstawia: wiemy bardzo wiele z tego, co ci  Gandalf powiedział. Wiemy dużo o Pierścieniu. Boimy się okropnie, ale pójdziemy z tobą albo – za tobą, jak psy za tropem”[23]. Już w trakcie wędrówki Gimli i Legolas zgodnie pragną kontynuować dalszą podróż u boku Froda, pomimo dotkliwej straty Gandalfa. Gimli mówi: „Wysłano nas tylko do pomocy w drodze powiernikowi Pierścienia, nie kazano iść dalej, niż sami zechcemy. Żaden z nas nie zobowiązał się przysięgą ani nie dostał rozkazu, by dotarł aż do Góry Przeznaczenia. Bolesne było dla mnie rozstanie z Lorien. Zawędrowałem jednak aż do tych miejsc i dziś mogę powiedzieć: teraz, gdy nadeszła chwila ostatecznego wyboru, nie waham się, nie opuszczę Froda. Wolałbym pomaszerować do Minas Tirith, jeżeli jednak on nie zechce tam iść – pójdę za nim.

- Ja także za nim pójdę – powiedział Legolas. – Rozstać się teraz znaczyłoby złamać wiarę”[24]. Opiekun spolegliwy wie kiedy ma przyjść z pomocą. Nawet wówczas, gdy przyjaciel uważa, że pomoc ze strony drugiego byłaby zbyt kosztowna. Toteż Sam krzyczy nad Anduiną: „Lecę, panie Frodo! Lecę!”[25], a Frodo odpowiada: „Słuchaj, Samie. Nie przeszkadzaj mi! Lada chwila wrócą tamci. Jeśli mnie tutaj przyłapią, będę musiał się spierać i tłumaczyć, a wtedy pewnie nie zabraknie odwagi i sposobności, żeby ruszyć w drogę. Muszę odejść natychmiast. Nie ma wyboru.

- Racja – odparł Sam – ale nie puszczę pana samego. Albo obaj pójdziemy, albo obaj zostaniemy. Dziury we wszystkich łodziach powywiercam, a pana samiuteńkiego nie puszczę.

Frodo wreszcie się roześmiał. Zrobiło mu się nagle ciepło i radośnie na sercu”[26]. Kiedy po długich i trudnych podróżach spotyka się dwóch przyjaciół, wszelkie słowa stają się niestosowne. Pozostaje niewypowiedziana radość. „Ale w końcu odnalazłeś mnie Samie, mój najmilszy Samie – rzekł Frodo i ułożył się w objęciach Sama zamykając oczy jak dziecko uspokojone, gdy czyjaś łagodna, kochająca ręka lub znajomy głos rozproszy nocne strachy.

Sam chętnie by tak siedział w błogim nastroju do końca świata, ale rozumiał, że nie wolno mu teraz marudzić. Nie dość było odnaleźć Froda, należało go jeszcze wyzwolić i uratować. Pocałował go w czoło”[27].

Pocałunek jako znak przyjaźni. Dwoje ludzi dostrzegło się na ulicy, pośród tłumu okazują swoje przywiązanie – całują się. Nie jest to pocałunek miłości, pocałunek erotyczny, a tym bardziej, o zgrozo, wyzywający pocałunek świeżo zakochanych. Jest to pocałunek między przyjaciółmi. Clive Staples Lewis wskazuje w swej analizie przyjaźni na ten moment: „O tym łączeniu się w jedną całość kilki miłości, wzajemnym przenikaniu się, świadczy najlepiej fakt, że w bardzo wielu epokach i krajach ich wspólnym wyrazem był pocałunek. We współczesnej Anglii przyjaźń już się nim nie posługuje, ale przywiązanie i Eros pozostają mu wierne. Należy on w całej pełni do obu i nie wiemy, które z nich zapożyczyło go od drugiego i czy w ogóle zapożyczyło. Można oczywiście powiedzieć, że pocałunek przyjaźni różni się od miłosnego pocałunku. Tak jest z pewnością ale nie wszystkie pocałunki kochanków są pocałunkami miłosnymi”[28]. Widzimy już dość wyraźnie obszar naszych roztrząsań. Dość łatwo przychodzi nam utożsamienie miłości erotycznej z przyjaźnią. Mówimy nawet często o miłości: „to coś więcej niż przyjaźń”. A przecież powinno być odwrotnie. Czy rzeczywiście? Czyż w tym ciągu kolejnych, następujących po sobie stanów uczuciowych mamy zauroczenie, przyjaźń, miłość?

Czy tak prosty schemat nie komplikuje jednak różnorodność ludzkich zachowań? Nie będziemy tu rozstrzygać tych kwestii. Może dlatego, że mówimy tu tylko o przyjaźni, choć nie bez pomijania pozostałych uczuć.

Przyjaźń, pisze dalej Lewis, wycofuje się ze wspólnoty[29]. Wybieramy w przedziwny sposób niewielką grupę osób (zazwyczaj jedną osobę) i umykamy w niedostępne dla innych chaszcze. Ale owe chaszcze są jedynie chaszczami dla innych, dla obcych, dla nie-przyjaciół. Dla nas są to chaszcze oswojone. Czujemy się w nich dobrze, choć nieustannie możemy coś nowego w nich napotkać. Przyjaźń nie jest więc stanem, takim, jak stany skupienia wody (jak lód, to lód; jak para, to para). Jest raczej jakimś fenomenalnym procesem alchemicznym, który dąży do niemożliwego – połączenia dwóch dusz w jedno. To o ucieczce w chaszcze mówił Epikur głosząc hasło życia w ukryciu - λάθε βιώσας[30]. Powiedzielibyśmy dzisiaj żyj w ukryciu w chaszczach epikurejskiego ogrodu. W przyjaźni jednak nie może być tłoku – chaszcze zostałyby stratowane i mielibyśmy marnej jakości piknik.

Rozpoczęliśmy od nadania nazwy. Wszelkie ludzkie działanie zaczyna się od nadania imienia. W przyjaźni dzieje się podobnie. Ktoś pojawił się w naszym życiu i mówimy: „To jest mój przyjaciel.” Oczywiście imiona bywają różne i niekoniecznie muszą być tak suche (choć to raczej kwestia gustu), jak „mój przyjaciel”. Mamy więc przyjaciela, a nazwa wyznacza nam przyjaźń. Jakże trudno jest nam dostrzec ten przedziwny związek rzeczy (konkretnych osób) ze słowami (tworami czysto ludzkimi). Wypowiadam imię i zjawia się druga osoba, a raczej jej obraz, ze wszystkimi wspomnieniami, radościami i smutkami, które razem przeżyliśmy. Niekoniecznie nawet razem, wystarczy, że zostały one w jakiś sposób nam przekazane. Już teraz łatwo dostrzec ten skomplikowany węzeł będący istotą wszelkich związków międzyludzkich. Dualny podział na moje – twoje traci rację bytu. Nie ma już „moje – twoje” – jest „nasze”. Tolkien był w pełni świadom roli jaką pełnią imiona w naszej bytności na ziemi. Wkłada w usta Drzewca znamienna słowa: „Będę was nazywał Merry i Pippin, skoro pozwalacie. To ładne imiona. Ale mojego prawdziwego imienia wam nie wyjawię, przynajmniej jeszcze nie teraz. – Dziwne zielone światełko rozbłysło w jego oczach, które przymrużył na pół porozumiewawczo, a na pół żartobliwie. – Przede wszystkim to jest bardzo długie imię, bo rosło z czasem, a że bardzo, bardzo długo już żyję, więc urosło do całej historii. W moim języku, w starej mowie entów, jak wy byście go nazwali, imię zawsze zawiera historię tego, kto je nosi. To bardzo piękny język, ale trzeba mieć dużo czasu, żeby nim coś powiedzieć, bo my mówimy naszym językiem tylko o tym, co warto bardzo długo opowiadać i czego warto bardzo długo słuchać”[31]. Tak jak Aragorn może o sobie mówić: „Nazywam się Aragorn, syn Arathorna, a zwą mnie też Elessarem, kamieniem elfów, Dunadanem, spadkobiercą Isildura, który był synem Elendila, władcy Gondoru.”[32], tak my możemy naszych przyjaciół nazywać różnie. Ważne jest tylko to, by nie oddzielać imienia od tego, kto je nosi (co ono oznacza). Przyjaźń żyje we wspólnocie imion.

Tyle już mówimy o przyjaźni, a nie powiedzieliśmy jeszcze jak się rozpoczyna. A przecież rozpoczyna się bardzo prosto. Pójdźmy za tropem Lewisa: „Co? Ty też? A ja myślałem, że tylko ja jeden...”[33]. Zauważmy, że przyjaźń rodzi się ze zdziwienia (podobnie jak filozofia). Ze zdziwienia, że nie jestem sam ze sobą, że za oknem, w innym mieście lub kraju jest ktoś, kto myśli podobnie. Nie jest to jednak zwykłe znawstwo, bardzo rozpowszechnione w dzisiejszych czasach, to raczej znawstwo „czegoś bardziej duchowego, mniej łatwego do określenia i do podzielenia się z innymi”[34]. I idzie tu chyba o rzeczy najważniejsze. O to, czym zajmuje się od setek lat filozofia. Przyjaźń jest manifestacją filozofii.

Filozofowie starożytni stawiali przyjaźń na pierwszym miejscu pośród stosunków międzyludzkich. Mędrzec epikurejski „nie będzie się żenił ani płodził dzieci. W pewnych sytuacjach życiowych może się ożenić; zrobi to jednak nie bez poważnego zażenowania.” ale „w obronie przyjaciela, gdy zajdzie potrzeba, odda życie”[35]. Cyceron w swoim pięknym traktacie De amicitia pisze: „Ja mogę wam tylko poradzić, byście przyjaźń przenosili ponad wszystkie sprawy ludzkie. Nie masz bowiem nic bardziej zgodnego z naturą, nic bardziej stosownego zarówno w szczęściu, jak w nieszczęściu”[36]. Być może jest to związane, także do dnia dzisiejszego, z niechęcią filozofów do cielesności. Przyjaźń jako cnota duchowa odtrąca wszelką ponętność zmysłową. Nie odrzuca jej całkowicie, jest ona po prostu nieistotna. Jest jeszcze jedna nić wspólna przyjaźni i filozofii. Nieoceniony Lewis pisze: „Przyjaźń rodzi się wówczas, gdy dwie osoby z ogromnymi trudnościami i z na wpół zrozumiałym bełkotem lub w tempie, które się nam wydaje zdumiewające, odkrywają siebie nawzajem i dzielą się swoją wizją świata. I natychmiast znajdują się ramię przy ramieniu w ogromnym kręgu samotności”[37]. I zaraz dodaje: „Wyobrażamy sobie kochanków siedzących twarzą w twarz, a przyjaciół ramię przy ramieniu: oczy ich patrzą w dal”[38]. Podajmy przepis na przyjaźń: raczej dwie osoby ramię przy ramieniu, oczy spoglądające w dal, zanurzeni po szyję w chaszczach, dookoła pustynia samotności. Komu by się chciało wchodzić w coś takiego? Bo przecież „przyjaźń jest czymś zbędnym jak filozofia, jak sztuka, jak sam wszechświat (bo przecież Bóg nie potrzebował go stworzyć). Nie ma ona wartości dla utrzymania życia, raczej jest jedną z tych rzeczy, które nadają wartość życiu”[39]. Nasze „błędne koło” się domyka. Aby przyjaźń była autentyczną przyjaźnią musi być ona jednią dusz, by ona nastąpiła musi istnieć w nas jej właściwy wzór, a on rodzi się z przyjaźni, która, podkreślmy, nadaje wartość naszemu życiu, ale kosztem patrzenia w dal, ku horyzontowi samotności.

Szczyt

Bez względu na to, czy przyjaźń rodzi się dzięki podobieństwu (powiadano, że Empedokles zapytany, dlaczego suka ciągle sypia na tej samej dachówce, odpowiedział, że ta ma w sobie coś podobnego do tej dachówki), czy też przeciwieństwu cech charakteru („Miłuje ziemia deszcze, kiedy wyschnie grunt.[40]”), mogą nad nią zawisnąć złowrogie chmury. Zdarza się, że dziewczyna odrzuca zaloty chłopca, a nie chcąc go urazić mówi, że zostaną przyjaciółmi (role oczywiście mogą być odwrócone). Zaproponowanie przyjaźni jako towaru wymiennego nie jest tym, o co nam dzisiaj idzie. Powiedzieliśmy już bowiem, że przyjaźń jest pewną formą działania, a więc ze swej natury jest czasowa, w przeciwieństwie do tradycyjnie pojmowanego towaru. Jest też i tak, że przyjaźnią nazywa się związek ludzi, w którym każda strona czerpie różnego rodzaju korzyści. Przyjaźń tak pojmowana jest czymś krótkotrwałym – potrzeby szybko się zmieniają, a płynące z takiej przyjaźni korzyści niekoniecznie muszą owe potrzeby zaspokajać. Omawiana tu przyjaźń jest raczej, idąc za Arystotelesem, związkiem opartym na dzielności etycznej, podkreślającym wartość drugiej osoby. Nie przyjaźnię się z innym dlatego, że oferuje mi taki, a nie inny wachlarz środków do zaspokojenia mych potrzeb, lecz dlatego, że jest wart mojej przyjaźni. Od razu widać, dlaczego jeszcze dziś można próbować gloryfikować przyjaźń – związek ludzi wartościowych, wzajemnie się szanujących i ufających sobie. Taką przyjaźń może zaatakować tylko jeden nieodłączny wróg związków międzyludzkich – egoizm.

Tolkien doskonale o tym wiedział. Egoizm i związana z nim pycha na początku przyobleka się w inaczej nazywane szaty. Boromir wyjawia swój zamiar odejścia od przyjaciół nieustannie powtarzając bajki o swej nierealnej wielkości. „Ludzie z Minas Tirith nie mają w zwyczaju opuszczać przyjaciół w potrzebie – rzekł – a będzie wam potrzebna moja siła, jeżeli chcecie dostać się do Tindrock. Do tej górzystej wyspy będę wam towarzyszył, dalej – nie. Pójdę do swego kraju sam, jeżeli swoją pomocą nie zasłużyłem na tyle bodaj nagrody, by ktoś z was dotrzymał mi kompanii”[41]. Choć wcześniej ochoczo pomagał podczas nieudanego przejścia Karadhrasu. W efekcie, krótkowzroczność i egoistyczne podszepty duszy doprowadzają do nieszczęścia. „- A więc chcesz iść dalej! – krzyknął. – Gandalf, Elrond... wszyscy ci... nauczyli cię tej śpiewki! Może mają swoje własne racje po temu. Bo dla elfów, półelfów i czarodziejów może to byłaby rzeczywiście klęska. Nieraz jednak miałem już wątpliwości, czy przez ich usta przemawia mądrość, czy też tylko bojaźń! Ale niech każdy troszczy się o własne plemię! Ludzie czystego serca nie dadzą się skazić. Nas, w Minas Tirith, zahartowała wielowiekowa próba. Nie potęgi czarodziejów pragniemy, lecz siły do własnej obrony, do obrony słusznej sprawy. Oto w najcięższej dla nas chwili los sprawił, że znalazł się Pierścień Władzy! Powiadam ci, to dar losu, dar dla wrogów Mordoru. Byłoby szaleństwem nie użyć go, nie użyć przeciw Nieprzyjacielowi jego własnej broni. Tylko nieustraszeni i bezwzględni osiągają zwycięstwo. Ileż mógłby zdziałać Aragorn! A jeśli on odmawia – Boromir! Pierścień dałby mi potęgę władzy. Jak pierzchałyby przede mną zastępy Mordoru! Jak garnęliby się ludzie pod moje sztandary!”[42]. Egoizm zaślepia Boromira do tego stopnia, że wykorzystuje przyjaźń, która wiązała członków Drużyny. „- Zastanów się przyjacielu – podjął łagodniejszym tonem Boromir. – Czy nie masz ochoty pozbyć się go? Uwolniłbyś się od rozterki i strachu! Jeśli chcesz, możesz całą odpowiedzialność na mnie zwalić. Powiesz, że byłem od ciebie silniejszy i wziąłem go przemocą. Bo jestem od ciebie silniejszy, niziołku! – krzyknął i znienacka przeskoczywszy głaz natarł na Froda. Piękna zwykle i miła twarz wojownika była w tej chwili okropnie zmieniona, oczy płonęły wściekłością”[43]. Sprawiedliwość etyczna, tak mocno tkwiąca we Władcy Pierścieni, karze Boromira za wzgardę przyjaźni. Boromir umiera przeszyty strzałami orków. Umiera bohatersko, choć to bohaterstwo jest ludzkie, a nie boskie. Zginął człowiek, który odrzucił drugiego w imię własnych fantazji.

Pierścień jest zmaterializowanym egoizmem. Jakże trudno obdarować kogoś innego czymś własnym. „Frodo wyciągnął Pierścień z kieszeni spodni, gdzie spoczywał umocowany na łańcuszku zwisającym od pasa. Odpiął go i powolnym gestem podał Gandalfowi. Pierścień nagle zaciążył mu na dłoni, jakby nie życzył sobie dotknięcia Czarodzieja... A może to Frodo wzdragał się powierzyć go staremu przyjacielowi?”[44]. Egoizm może się nam wydawać czymś dobrym, może być nawet środkiem do niesienia ludziom pomocy. Jednak pozostaje on nadal egoizmem – nakierowaniem się na siebie samego. Dlatego Gandalf odrzuca Pierścień mówiąc do Froda: „- Nie kuś mnie! Bo nie chcę się stać podobny do Władcy Ciemności. A przecież Pierścień trafia do mojego serca poprzez litość, litość dla słabości; pożądam siły po to, by czynić dobrze. Nie kuś mnie! Nie śmiem go wziąć, choćby tylko na przechowanie, nie do użytku. Nie znalazłbym siły, by oprzeć się i nie zatrzymać go”[45].

Egoizm przychodzi bez względu na wiedzę o jego szkodliwości. Jest wpisany w każdego z nas, gdyż w pierwszym rzędzie chcemy zachować nas samych. Egoizm jest w jakimś sensie naturalnym nałogiem (choć brzmi to dziwacznie). Uciekamy ku niemu, kiedy wydaje się, że nie możemy, lub nie powinniśmy ingerować w sprawy innych. „Frodo, wcale nie mniej wystraszony od towarzyszy, dygotał jak w febrze, lecz nagle nad paniką wzięła górę pokusa, żeby włożyć Pierścień na palec. Ta myśl tak nim owładnęła, że wyparła wszystkie inne. Pamiętał przygodę w Kurhanie, pamiętał nakazy Gandalfa, ale jakaś siła przynaglała go, żeby zlekceważył wszelkie ostrzeżenia, i Frodo pragnął jej ulec. Nie dlatego, by miał nadzieję dzięki temu uratować się lub coś zdziałać; po prostu coś go przymuszało do chwycenia za Pierścień i wsunięcia go na palec. Nie mógł mówić. Zdawał sobie sprawę, że Sam patrzy na niego tak, jakby rozumiał, iż jego pan znalazł się w wielkiej rozterce; lecz Frodo nie był zdolny odwrócić głowy w stronę Sama. Zamknął oczy i przez chwilę walczył z pokusą, lecz z każdą chwilą opór jego słabnął, aż wreszcie hobbit z wolna wyciągnął łańcuszek z kieszeni i włożył Pierścień”[46].

W efekcie Frodo przegrywa tę walkę. Egoizm wziął nad nim górę, odrzucona przyjaźń przybliża Froda ku śmierci. „- Przyszedłem – powiedział Frodo. – Ale nie spełnię tego, po co tu dążyłem. Nie zrobię tego. Pierścień należy do mnie. I nagle wsunął Pierścień na palec niknąc Samowi sprzed oczu”[47]. A jednak ratunek przychodzi niespodziewanie od strony tych, których odrzuciliśmy. Ucieleśniona w postaci Golluma bezgraniczna samotność rzuca się na Froda i ratuje go przed całkowitym zatraceniem. Na Górze Przeznaczenia dokonuje się walka między dwiema samotnościami – tą tęskniącą za mrzonkami i tą wyczerpaną brzemieniem. Dochodzimy do końca naszej drogi. Góra Przyjaźni dopełnia los człowieka, który musi podążać tą stromą ścieżką, by dowiedzieć się tego, co naprostsze: „Powiedz przyjacielu i wejdź”.

„Odwiedziłem go na łożu śmierci na wiosnę, w owym okresie, gdy niebo chyli się najgłębiej i najgoręcej nad krajem.

- Gołębie – powiedziałem – wciąż jeszcze latają szczęśliwie koło bramy kościoła Św. Tomasza.

Odpowiedział gniewnie:

- Gołębie latają niezdarnie. I srają ludziom na głowy.

Przewracał się bezsennie w mękach i braku tchu. Przez siedem lat walczył ze śmiercią: nigdy jednak nie miał dla niej żadnego szacunku. Nigdy też się jej nie bał. Mówił tylko:

- Och, czyż ta przeklęta śmierć nie może już raz wreszcie przyjść.

Mówiono mi, że jego maska pośmiertna była jak krzyk.

Jesień. Dziś chodzę samotnie ulicami tego pustego miasta. Zamierzam szybko odejść, nim noc nadejdzie.

Kwiaciarka na placu stała się starą kobietą”[48].

Myślibórz – Wrocław – Katowice 2001



[1]  Przyjaźń jest największym wśród wszystkich dóbr, jakimi nas mądrość obdarzyła dla zapewnienia szczęścia przez całe życie. Patrz: Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów, ks. X, Główne myśli, XXVII.

 

[2] Podobno, gdyż nie znalazłem potwierdzenia tegoż napisu w tekstach epikurejskich. Cytuję za: A. Sikora, Spotkania z filozofią, Warszawa 1970, s. 64.

[3] WP II, s. 332 – 333. Wszystkie cytaty pochodzące z Władcy Pierścieni podaję za wydaniem Czytelnika z 1990 roku.

[4] WP II, s. 335.

[5] Dokładnie drugiego marca. Potrawkę hobbici jedli szóstego. Za: Karen W. Fonstad, Atlas Śródziemia, tłum. Tadeusz A. Olszański, Warszawa 1998.

[6] WP II, s. 152.

[7] WP II, s. 162 – 163.

[8] WP III, s. 65.

[9] WP III, s. 67.

[10] WP III, s. 68.

[11] WP II, s. 360.

[12] WP II, s. 389.

[13] WP III, s. 181.

[14] WP III, s. 306.

[15] WP III, s. 311 – 312.

[16] Fragment opowiadania islandzkiego pisarza i poety Halldóra Kiljana Laxnessa, Mój przyjaciel z tomu opowiadań Flecista w tłumaczeniu Zygmunta Łanowskiego, PIW, Warszawa 1957, s. 54.

[17] Arystoteles, Etyka nikomachejska 1168 b.

[18] Św. Augustyn, Wyznania, IV, 6, 11 w przekładzie J. Czuja, Warszawa 1954.

[19] Tadeusz Kotarbiński, Medytacje o życiu godziwym, Warszawa 1967, s. 77.

[20] Karol Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność, Lublin 1986, s. 84.

[21] Kotarbiński, op. cit. s. 68.

[22] WP I, s. 130.

[23] WP I, s. 154.

[24] WP I, s. 542.

[25] WP I, s. 546

[26] WP I, s. 547 - 548.

[27] WP III, s. 237.

[28] Clive Staples Lewis, Cztery miłości, przeł. M. Wańkowiczowa, Warszawa 1993, s. 49.

[29] patrz C. S. Lewis, op. cit., s. 79.

[30] Usener, Epicurea, Lipsk 1887, frg. 551.

[31] WP II, s. 85.

[32] WP II, s. 41.

[33] C. S. Lewis, op. cit., s. 86.

[34] C. S. Lewis, op. cit., s. 87.

[35] Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów, ks. X.

[36] Marcus Tullius Cicero, O przyjaźni, przeł. W. Kornatowski, Warszawa 1963, s. 72.

[37] C. S. Lewis, op. cit., s. 86.

[38] C. S. Lewis, op. cit., s. 87 – 88.

[39] C. S. Lewis, op. cit., s. 93.

[40] Oba fragmenty pochodzą z Etyki wielkiej Arystotelesa 1208 b.; także w Etyce eudemejskiej 1235 a.

[41] WP I, s. 525.

[42] WP I, s. 536.

[43] WP I, s. 538.

[44] WP I, s. 79.

[45] WP I, s. 96.

[46] WP I, s. 270.

[47] WP III, s. 285.

[48] Końcowy fragment opowiadania Halldóra Kiljana Laxnessa, Mój przyjaciel, w tłumaczeniu Zygmunta Łanowskiego, PIW, Warszawa 1957.