![]() |
|
|
|
|
|
Władca Pierścieni w przekładzie Marii Skibniewskiej |
GanDalF |
|
|
|
|
Jak wszystkim wiadomo
w Polsce zawsze jest coś nie tak. W przypadku tłumaczenia „Władcy
Pierścieni” również. Powstały dwa przekłady. Jeden autorstwa
Jerzego Łozińskiego, drugi pióra Marii
Skibiniewskiej, uznawany, wraz z tłumaczeniami fragmentów poetyckich
dokonanych przez Włodzimierza Lewika i Andrzeja Nowickiego, za
„kanoniczną wersję dzieła Tolkiena w języku polskim”. Gdzie istnieją dwie
opcje, tam muszą istnieć dwa obozy. Głównym punktem sporu
jest problem, jak w języku polskim powinno określać się rasę, której
nazwa w języku angielskim brzmi „dwarves”. Moim zdaniem „krasnoludowie”
lepiej pasuje do określenia tej mężnej, pełnej werwy rasy niż „krzaty”.
Przedrostek „krasny” wcale nie musi oznaczać
„czerwony”. „Słownik wyrazów bliskoznacznych” pod
redakcją pana Stanisława Skorupki podaje, że „krasny” =
„zdobiący”, „zdobiony” lub
„wielokolorowy”. A krasnoludy jakby nie patrzeć kochały się w
pięknie, zdobiły swe zbroje, miecze i hełmy, wytwarzały rzeczy cudowne,
nie mające równych wśród wyrobów innych ras. Ponadto, ale jakby nie
patrzeć przede wszystkim, w języku starosłowiańskim krasny oznaczał
„dzielny”. Bez komentarza. Ponadto
„krasnoludki” były zakorzenione w świadomości ogółu na długo
przed rozpoczęciem prac przez panią Marię Skibiniewską. Już w wieku XIX
(dokładnie w 1896 roku) Maria Konopnicka w baśni „O krasnoludkach i
sierotce Marysi” opisała barwnych, pracowitych pradziadków
tolkienowskich krasnali. Co prawda byli oni mali, mieli czerwone czapeczki,
barwne ubiory i parały się pracą w ogródku, a nie wojaczką. Jeszcze bliższy
dzisiejszym krasnoludom ich obraz znajdujemy w „Królewnie Śnieżce”,
gdzie oprócz cech opisanych wyżej jest jeszcze jedna, z goła nic nie
wnosząca zależność. Mianowicie krasnoludki pracowały w kopalni. Tolkien
przedstawił ich w ten sam sposób. Jako lubiących podziemia, ciemność i
mrok. Jedynym widocznym
problemem w tej chwili jest wzrost i postura krasnali. O ile w starych baśniach
byli oni zwani „karzełkami”, o tyle Tolkien zrobił z nich mężnych,
dobrej postury, choć niekoniecznie wielkiego wzrostu, wojowników. Mogę to
jednak sensownie wytłumaczyć, a pomogą mi w tym elfy. Przecież faries w
baśniach („Calineczka”) byli miniaturowych rozmiarów, mieścili
się w dłoni człowieka, lub w kwiecie. Taki pogląd utarł się w społeczeństwie.
Stało się tak, ponieważ efekt wyrafinowanej finezji sprzyjał temu, co
jest lubiane w społeczności. Sprzyjał delikatności i i finezji.
„Moda na elfy [miniaturowe] pojawiła się chyba tuż po tym, gdy
wielkie odkrycia geograficzne uczyniły ziemię zbyt mała, by mogła pomieścić
i ludzi i elfy; gdy czarodziejskie zachodnie krainy Hy Breasail przeistoczyły
się w zwyczajną Brazylię (...)” (Wykład o baśniach autorstwa
samego J.R.R. Tolkiena). Za linię kwiatowych elfów odpowiedzialna jest
literatura, tak samo jak za małych krasnoludków. Daryton i Lang stworzyli
obraz uskrzydlonych małych istot z czułkami. Odpowiadało to ludziom
„Zawsze zaczynają się od tego [baśnie], że jakieś dziecko
wychodzi do ogrodu i pośród pierwiosnków, gardenii i kwiecia spotyka
elfy”. Tolkien nie stara się zaprzeczyć temu, że w Świecie Czarów
istnieją malutkie elfy, dąży jednak do jak najlepszego postrzegania tych
istot. Dlatego elfy i krasnoludki [forma zdrobniała, zastąpiona twardą,
„mocno” brzmiącą „krasnoludy”] są u niego
przedstawieni jako postacie prawie normalnych rozmiarów (prawie, ponieważ
elfy są bardzo wysokie, a krasnale nieco niższe od człowieka). Teraz muszę się skupić
na słowie „krzaty” i „skrzaty”. Według „Małej
Encyklopedii Powszechnej PWN” pod redakcją Czesława Sojeckiego
„skrzaty” to drobne demony. Muszę to uzupełnić. Skrzat to małe
(mniej więcej do 30 cm) stworzenie z brodą i czerwoną czapeczką. Pomagają
człowiekowi, strzegą jego domostwa. „Krzaty” różnią się od
„skrzatów” tylko tym, że nie są przychylne ludziom. Zazwyczaj
złośliwe i psotne. Robią wszystko by uprzykrzyć człowiekowi życie. Widać teraz wyraźnie,
że pani Maria Skibiniewska postąpiła słusznie stosując
„twarde” słowo „krasnoludy”, zamiast „krzatów”
kojarzących się z domowymi psotnikami. Krasnale u Tolkiena przecież nie
mieszkały z ludźmi, wręcz od nich stroniły [„Królewna Śnieżka”
i domek w lesie]. Ponadto nie obawiały się ciężkiej pracy. Mimo małej
metamorfozy od baśniowych „ludków” do poważnych „ludów”
można uważać, że pani Maria Skibiniewska dobrze odczytała polską
historię słowa „dwarves”. Kolejnym spornym punktem
był wiersz o pierścieniach. Chodzi głównie o cztery ostatnie wersy,
jednak ja postanowiłem zamieścić to dzieło w całości. Wersja
oryginalna Three
Rings for the Elven-kings under the sky, Przekład
Marii Skibniewskiej Trzy Pierścienie dla królów
elfów pod otwartym niebem Przekład
Jerzego Łozińskiego Trzy Pierścienie elfowym
władcom szlechetnego miana, Uważam wersję pana Łozińskiego
za gorszą, jednak jest to moje subiektywne zdanie, oparte w głównej
mierze o to, że zmiany w przekładzie w stosunku do oryginału nie wnoszą
niczego nowego, nie poprawiają nastroju wiersza, ani nie oddają prawie żadnych
uczuć. Maria Skibiniewska dokonała natomiast przekładu więcej niż
dobrego, zachowując klimat, rytmikę, oraz dynamikę Tolkiena. To, że
przekład dokonany jest prawie słowo w słowo, po raz kolejny uważam, że
tłumaczka wybrała dobrą opcję. Nie mogę jednak w tym przypadku nikomu
narzucać swego zdania, ponieważ nie znam na tyle język angielski, by w
100% być pewnym poprawności przekładu pani Marii. Jak już pisałem nie
znam języka angielskiego od podszewki, jednak to co umiem pozwoliło mi
pobieżnie przeczytać „Władcę Pierścieni” w wersji
oryginalnej. Dzięki temu mogę wypowiedzieć się na temat tłumaczeń, które
u pana Łozińskiego są niedokładne lub w ogóle nie związane ze słowami
Tolkiena. Ponieważ jednak wersję pana Jerzego miałem okazję czytać dość
dawno, a ponadto nie skończyłem jej, pozwolę sobie na oparcie się w głównej
mierze o pracę Maraca, która
obecna jest na prawie wszystkich stronach o Tolkienie, ale w wersji
oryginalnej, z przypisami, można znaleźć ją tylko pod adresem http://www.republika.pl/tlumok/lozins1.htm.
Najprawdopodobniej tabelka ta oparta jest na starym wydaniu „Władcy
Pierścieni” w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego, jednak ja również
nie miałem okazji zapoznać się z wydaniem z roku 1996. Najbardziej nie podoba mi
się fragment opisujący Jedyny pierścień: „Do każdego z Dziewięciu,
Siedmiu i Trzech wstawiono kamień przeszlachetny, ale nie do Jedynego. Jego
kamień jest okrągły, nie obrobiony kunsztownie, jakby przeznaczony był
do podlejszego klejnotu.”. A wszystkim wiadomo, że tak naprawdę było
tak: „W każdy z Dziewięciu, Siedmiu i Trzech wprawiono właściwy
kamień. W Jedyny - nie. Ten był gładki, nieozdobny, jak gdyby należał
do pośledniejszych pierścieni.”. Nie podlega chyba dyskusji, że pan
Łoziński popełnił błąd [vide trailer „Władcy Pierścieni the
movi”]. Niedopatrzenie to zostało co prawda wyeliminowane w wydaniu z
1996 roku, jednak niesmak pozostał. Kolejnym dużym błędem,
z tego co wiem to nie poprawionym do tej pory, jest rachuba odległości.
Pan Łoziński podaje, że 1 mila to 40 staj. Natomiast pani Maria
Skibiniewska podaje staje jako podstawowe jednostki odległości. I ma rację.
„Nowy Leksykon PWN” pod redakcją pani Barbary Petrozolin
– Skowrońskiej podaje, że staja ma 1066,8 metrów, a mila 1609,334
metrów. Wyraźnie widać, że nie ma żadnego związku między milami i
stajami. Pan Łoziński
podaje np. że odległość z Shiru do Bree wynosi 10 mil, a sam Tolkien
pisze: „(...) this was at Bree and
in the Chetwood that lay round about, some forty miles east of the Shire.”. Do
końca życia nie zapomnę jednak, gdy czytając przekład pana Łozińskiego
spadłem z łóżka. To bardzo bolesne wydarzenie miało miejsce po
przeczytaniu fragmentu: „.(...) dość wysocy, mocni w nogach,
a w dżdżystą pogodę nosili KRZATOWE KALOSZE.”. Tych krzatowych
kaloszy nie jestem w stanie wybaczyć. Jak można w literaturze, jakby nie
patrzeć ambitnej, w opisie, użyć słowa kalosze? To jest po prostu śmieszne.
Nie rozumiem tego i bardzo się cieszę, że pani Skibiniewska ten fragment
przetłumaczyła w inny sposób: „...byli dość tędzy, nogi mieli
grube i podczas dżdżystej pogody nosili buty na modłę krasnoludzką.”.
Niezbyt częste, ale
jednak zdarzające się w przekładzie pana Jerzego Łozińskiego, są
sytuacje, gdy po prostu nie ma jakiegoś fragmentu. W oryginale jest, u pani
Marii jest, a tu nie ma. Przykładem niech będzie następujący ustęp:
„Wszyscy hobbici, bądź co bądź, mieli silnie rozwinięte poczucie
rodowej więzi i bardzo dokładnie orientowali się w swoich pokrewieństwach.
Wywodzili długie i zawiłe rodowody, kreśląc drzewa genealogiczne o mnóstwie
odgałęzień.”. Sprawą bulwersującą
zagorzałych miłośników Tolkiena są imiona własne, które Jerzy Łoziński
przełożył na język polski. Nikt nie wie jak, nikt nie wie gdzie, jednak
udało mu się to zrobić. Nie chcę robić tu wykładów na ten temat,
jednak trzeba zaznaczyć, że sam Tolkien w notatkach dla tłumaczy pisał,
że nie należy tłumaczyć nazw własnych, oprócz cząstek określających
rodzaj miejsca np. „town”, „hill”. Najbardziej
widoczne są tu dowolności w przekładzie Jerzego Łozińskiego. Kto dał
mu prawo wymyślać nic nie znaczącą nazwę „Tajar” zamiast
„Rivendell”, a określające Imladris? Nazwę „Rivendell”
dał siedzibie Elronda Mistrz, nie wspomniał natomiast nic o „Tajarze”.
Imiona bohaterów
zazwyczaj oznaczały jakąś jego cechę (np. Samwise i Hamfast czyli
„Półmędrek” i „Domator”), dlatego też nie
rozumiem dlaczego Jerzy Łoziński to zmieniał. Szczytem oderwania prawdy tłumacza
od prawdy autora jest zmienienie nazwisk. Co prawda nie mają one jakiegoś
głębszego znaczenia (podobnie jak imiona większości hobbickich chłopców),
ale dlaczego pan Łoziński podjął się ich spolszczenia. Przecież nigdy,
tłumacząc angielski text, nie przekłada się nazwisk. Bardzo deprymujące jest
ponadto zrobienie z Aragorna „Łazika”. Co prawda „Obieżyświat”
również nie jest o wiele lepszy, ale jednak lepszy. Tolkien
tak opisuje przyszłego króla: ”He is one of the wandering folk -Rangers we call them. He seldom talks:
not but what he can tell a rare tale when he has the mind. He disappears for
a month, or a year, and then he pops up again. He was in and out pretty
often last spring; but I haven't seen him about lately. What his right name
is I've never heard: but he's known round here as Strider. Goes about at a
great pace on his long shanks; though he don't tell nobody what cause he has
to hurry. But there's no accounting for East and West, as we say in Bree,
meaning the Rangers and the Shire-folk, begging your pardon. Funny you
should ask about him.” „Wandering”
oznacza „wędrowny”, „tułaczy” a „folk”
naród, lud. Najbardziej pasowałby Wędrowiec, jednak Barliman opisuje go
jako kogoś, kto przemierza Śródziemie w te i z powrotem, więc
„obiega świat”. Ponadto wyraz „łazik” można znaleźć,
w słownikach i encyklopediach, tylko jako określenie pojazdu
mechanicznego, a „Obieżyświat” jest człowiekiem.
Dodatkowo
atutem przemawiającym niewątpliwie za przekładem Marii Skibiniewskiej
jest fakt, że przygotowywane trzecie polskie tłumaczenie (made by Cezary
Frąc) w ogóle nie będzie tłumaczyć nazw własnych. Stanie się tak
ponieważ tłumacz wziął sobie do serca porady Tolkiena, który sam, w liście
do wydawcy, w odpowiedzi na list Marii Skibiniewskiej zaznaczył:
"Przykro mi, że [...] nie odpowiedziałem na list pani Skibniewskiej.
[...] Nie jestem w stanie sporządzić dla niej szczegółowych wskazówek.
[...] Powinna kierować się ogólna zasada, żeby jak najmniej tłumaczyć
czy zmieniać nazwy. Jak sama zauważa, jest to angielska książka i jej
angielskość nie powinna ulec zatarciu. [...] Moim zdaniem nazwiska osób
powinny zostać nietknięte. Wolałbym także nie ruszać nazw
miejscowych, łącznie z Shire. Sądzę, że najwłaściwszym wyjściem byłoby
dołączenie na końcu książki listy nazw mających jakieś znaczenie po
angielsku z wyjaśnieniami po polsku." Oczywiście Maria
Skibiniewska nie ustrzega się błędów. Najpoważniejszym z nich jest
przetłumaczenie nazwy pierwszego tomu „The Fellowship of the
ring” jako „Wyprawa”. Co prawda jest to błąd jednego
wydania, lecz został zapamiętany i stał się
głównym argumentem ludzi stojących za Jerzym Łozińskim. Oni nie
zwracają uwagi, że już są dwa dodruki pierwszego tomu w jego tłumaczeniu,
a w każdym poprawia stare błędy. Przekład Marii Skibiniewskiej został
natomiast poprawiony tylko raz, w prawie 30 lat po tym, gdy ona tłumaczyła
to wiekopomne dzieło. Zniknął „Gryf”, „Smoczy język”
i inne dowolności. Przekład Jerzego Łozińskiego, mimo że mógł być
bardzo dobry, roi się od nieścisłości i przeinaczeń. Cieszę się więc
bardzo, że film będzie tłumaczony na podstawie pracy Marii Skibiniewskiej
[z opozycyjnego przekładu zniknął z tego powodu „krzaty”].
|
|
|
|
|