Nowy przekład Władcy Pierścieni

Agnieszka Sylwanowicz

 

 

 

 

Recenzja nowego tłumaczenia znanej powieści, której treść, przesłanie, bohaterowie i cała otoczka literacka została już gruntownie przeanalizowana, siłą rzeczy musi skupić się na stronie formalnej, czyli na samym przekładzie. Szczególnie, jeśli chodzi o Władcę Pierścieni, powieść wyrosłą z fascynacji autora-filologa językiem i dla której język jest bardzo ważny. Nieodparcie też nasuwają, się porównania z tłumaczeniem poprzednim.

Nie jestem zażartą, przeciwniczką nowych tłumaczeń, tym bardziej, jeżeli istnieje jakieś dla nich uzasadnienie, jak w przypadku wydania słynnej Fredzi Phi-Phi: tłumaczka chciała pokazać, jaki naprawdę jest Winnie the Pooh, u nas zwany Kubusiem Puchatkiem. Wrzawa, jaka się wtedy podniosła, wzięła się głównie z tego, że Fredzia została odebrana jako atak na ukochanego Kubusia, a nie jako neutralna i dość przemyślana próba przybliżenia nam oryginału. Z ciekawością, podchodzę do nowych tłumaczeń rzeczy dobrze przełożonych poprzednio, chociaż wtedy rozmowa o odmiennych wersjach sprowadza się do rozmowy o gustach. Jeżeli to nowe tłumaczenie jest dobre. Dlatego bez uprzedzeń przystąpiłam do lektury Bractwa Pierścienia J.R.R. Tolkiena w przekładzie Jerzego Łozińskiego.

Nie podobało mi się od samego początku, czyli od tak zwanego "wiersza Pierścieni", ale do niego wrócę później.

Mam zarzuty dwojakiego rodzaju: co do przyjętej ogólnej koncepcji przekładu tej powieści i co do jej szczegółowej realizacji, a dochodzą, do tego różne błędy merytoryczne. Jerzy Łoziński przetłumaczył z angielskiego nazwy własne. Mają, one w powieści ogromne znaczenie, ponieważ wnoszą, do niej głębię lingwistyczną, stanowiąc jeszcze jeden element spójności świata stworzonego przez Tolkiena, świata, który powstał wokół stworzonych przez autora języków. Dlatego do sprawy tłumaczenia nazw własnych trzeba podchodzić niezwykle ostrożnie. Autor dobierał je szczególnie starannie w przypadku Shire'u, chcąc i w ten sposób oddać atmosferę wiejskiej Anglii. (Posunął się nawet do tego, że w poszukiwaniu nieskażonych angielskich nazwisk korespondował z mieszkańcem Pensylwanii, rejonu, gdzie angielscy osadnicy stanowili dość hermetyczną, społeczność.)

Pewną pomocy może tu służyć ok. 25-stronicowy Przewodnik po nazwach własnych we "Władcy Pierścieni", napisany przez Tolkiena na użytek przyszłych tłumaczy około roku 1960, w którym zaleca tłumaczenie nazw występujących w języku angielskim, po czym podaje ich listę z wyjaśnieniem znaczeń. Jak sam pisze, nie powinno nastręczać to szczególnych kłopotów w przypadku języków germańskich; w innych sprawę pozostawia w zasadzie do uznania tłumacza. Nazwy nie występujące na liście powinny pozostać w wersji oryginalnej.

Jerzy Łoziński potraktował wskazówki Tolkiena wybiórczo. Widać to przy jednym z najważniejszych nazwisk - Baggins (pozostanę przy propozycjach Marii Skibniewskiej). Tolkien zalecałby je przetłumaczyć zgodnie ze znaczeniem "bag" - 'torba, worek'. W "Bagoszu" mamy tylko spolszczona końcówkę, element "bag " nadal zostaje dla Polaka niezrozumiały. Natomiast całkowicie zgodnie ze znaczeniem zostały przetłumaczone inne nazwiska, jak Bracegirdle czy Burrows (Pasopust, Noracz), oraz nazwy miejscowości (Frogmorton - Żabie Muły, Rushy - Kępa, Bywater - Przywodzie, Shire - Włość). Wbrew Tolkienowi celtyckie Bree ('wzgórze') stało się niewiadomego pochodzenia "Birem". Górnolotnie brzmiące imiona w rodzie Tuków miały zostać nietknięte, Everard Tuk został jednak Eklerem (!), choć Peregrin się ostał. Nazwisko Gamgee, jako autentyczne i pozbawione znaczenia, nie miało być tłumaczone, my jednak mamy do czynienia z Gadułą. (Ciekawostką jest, że do Tolkiena napisał list autentyczny Sam Gamgee). Spośród trzech hobbickich szczepów Stoorowie mieli zostać w oryginale, Jerzy Łoziński zrobił z nich jednak Tęgów, stosując się do zaleceń Tolkiena tylko w przypadku Fallohidów (Bladoskórowie) i Harfootów (Kosmostopowie). Mimo że Tolkien wyraźnie powiedział, że gospoda "The Golden Perch" wzięła swa nazwę od okonia, my otrzymujemy "Złota Gałąź" ("perch" - 'okoń'; 'grzęda'; 'żerdź, tyczka'). Nazwa krainy Hollin pochodzi od licznie tam rosnącego ostrokrzewu ("holly"), skąd więc wziął się Swent - czyżby od słowiańskiego słowa oznaczającego coś świętego? "Pola Gladden" to "Szafranowe Pola", mimo że rosły na nich kosaćce. "Scary" miało zostać jedynie przystosowane do pisowni języka przekładu, stąd też mamy "Skarę". "Mathomy" zmieniły się w "maszomy» wbrew zaleceniom autora, natomiast "smajale" do nich się stosuje. Jak więc widać, Jerzy Łoziński konsekwentnie wszystko spolszczył, traktując wskazówki Tolkiena tak, jak mu było wygodnie. Stąd wziął się Tajar (Rivendell -'dolina w głębokim wywozie'), którego tłumaczenie Tolkien zostawił do uznania tłumacza. W efekcie otrzymujemy likwidację polsko - angielskiego chaosu widocznego w przekładzie Marii Skibniewskiej. Powstaje jednak jeden problem - na podstawie uwag Tolkiena można wysnuć wniosek, że zalecenia z Przewodnika dotyczy języków germańskich, w których podobne nazwy brzmiały podobnie. Nie jest jednoznacznie powiedziane, że w innych językach trzeba je tłumaczyć. Tym bardziej, co wiadomo z listów Tolkiena, że jako powieść Władca Pierścieni jest jedynie fragmentem olbrzymiego dzieła, które miało być mitologią dla Anglii. Co jednak z Anglią mają wspólnego słowa typowo polskie, jak "waść", "waszmościowie" (Polakowi nieodparcie przywodzące na myśl superpolską Trylogię Sienkiewicza), Tajar, Gorzaleń, Pyzowie, Włość? Ten ostatni pomysł jest chybiony, ponieważ cały Shire był wzorowany na angielskiej wsi (stąd wyszukiwanie oryginalnych nazwisk angielskich). Jak słusznie zauważył dawno temu jeden z polskich tłumaczy, trzeba uważać, żeby angielska łąka nie zaczęła pachnieć polskim sianem. Innymi słowy nie należy gubić w tłumaczeniu kolorytu lokalnego. Wiedziała o tym - choć nie wprowadziła tego konsekwentnie w życie - Maria Skibniewska, o czym świadczy list Tolkiena z września 1959 r. do jego wydawcy. Przytoczę tu fragment tego listu: "Przykro mi, że [...] nie odpowiedziałem na list pani Skibniewskiej. [...] Nie jestem w stanie sporządzić dla niej szczegółowych wskazówek. [...] Powinna kierować się ogólna zasada, żeby jak najmniej tłumaczyć czy zmieniać nazwy. Jak sama zauważa, jest to angielska książka i jej angielskość nie powinna ulec zatarciu. [...] Moim zdaniem nazwiska osób powinny zostać nietknięte. Wolałbym także nie ruszać nazw miejscowych, łącznie z Shire. Sądzę, że najwłaściwszym wyjściem byłoby dołączenie na końcu książki listy nazw mających jakieś znaczenie po angielsku z wyjaśnieniami po polsku."

Skoro już mowa o polskości, to nie sposób pominąć "krzatów". Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku, szczególnie wziąwszy pod uwagę dowcipne uzasadnienie pisowni. Ja jednak uważam, że nie jest to dobre tłumaczenie: za bardzo kojarzy się z naszymi około pięciocentymetrowej wysokości psotnymi skrzatami, w "krasnoludach" natomiast zalety elementu "lud" (skojarzenia z "wielkoludem" i wyraźne przeciwstawienie "-ludkowi" z "krasnoludka") przewyższają wady "krasno-". Zresztą w mitologii słowiańskiej skrzaty czy krzaty też nosiły się na czerwono. Bardzo dobrze, że tłumacz odmienia "krzaty" osobowo, ale zarzut, że nie da się tego zrobić z "krasnoludami", jest niesłuszny. Jeśli zaś droga jest mu godność tolkienowskich "dwarves", to dlaczego "Bilbo wziął ze stojaka swój ulubiony kij i gwizdnął. Z trzech różnych pokoi wyskoczyło trzech krzatów"? Przecież to wygląda komicznie. Krasnoludowie na pewno nie wyskoczyliby z pokojów niczym psiaki na gwizdnięcie, tym bardziej, że w oryginale jest zupełnie neutralne "came out". Trzeba też dodać, że "krasnoludy" zadomowiły się w języku polskim - tej nazwy używa się w tłumaczeniach książek innych autorów, powszechnie posługują się nią gracze.

Największą jednak wadą Bractwa Pierścienia jest to, że Jerzy Łoziński nie zna świata Władcy Pierścieni. Dlatego Earendil pływa po Arvernien, choć jest to led, a nie obszar wodny (co prawda w tym samym wierszu, pieśni o Earendilu, tłumacz niespodziewanie ujawnia wiedzę, że Góra to Amon Uilos, choć nazwa ta w wierszu nie występuje); dlatego Jedyny Pierścień ni stąd, ni zowąd otrzymał kamień; angielskie "Eldar", czyli Eldarowie (trzy najszlachetniejsze plemiona elfów), staje się "krainą Eldar", bo zamiast "władców Eldarów" mamy "władców Eldaru"; dom Elronda jest nazwany "zamkiem", ithildin okazuje się być pismem, które odbija tylko światło gwiazd, podczas gdy w rzeczywistości jest to mający takie właściwości metal; Toma Bombadila Elrond nazywa "Wiekowym Bezimiennym", podczas gdy naprawdę jest on "oldest and fatherless" - u Marii Skibniewskiej "najstarszy i nie mający ojca". "Bezimienny" jest natomiast określeniem Saurona. Takich rzeczy nie wolno mieszać. Sauron jest Bezimienny, to znaczy nie wypowiada się jego imienia, by nie sprowadzić nieszczęścia. Jest on także określany wieloma innymi nazwami, najczęściej "Nieprzyjaciel" ("Enemy"). Jerzy Łoziński w sposób zupełnie nieuprawniony konsekwentnie zmienia je na "Złego", czego na pewno nie zrobiłby nikt mieszkający w Śródziemiu. Z najgorszym jednak przykładem takiej nieuprawnionej interpretacji stykamy się tuż po otworzeniu książki: w wierszu Pierścienia czytamy, że zwycięży niechciana moc Mordoru. Na jakiej podstawie tłumacz wyciagnął ten wniosek? Bo na pewno nie znalazł go w żadnym z pism Tolkiena, a już na pewno nie w samym wierszu. Podobnie też Marek Obarski w wierszu o trollu pozwolił sobie na wprowadzenie do Śródziemia mnicha. Być może zasugerował się słowem "nuncle" ('wuj'), które wygląda jak skrzyżowanie "nun" ('zakonnica') z "uncle" ('wuj'), tyle że "nuncle" to forma dialektyczna "uncle". I skąd się tam wziął koniokrad? Są też w książce błędy językowe i stylistyczne, jakich nie popełniłby ktoś znający świat, w którym się porusza: hobbici to nie lud, który by "jazgotał" (w oryginale jest neutralne "talk" -'mówić, rozmawiać'); Gandalf nigdy nie był "smutnym" starcem - był "troubled", czyli 'stroskany'; Sam nie mógł "zdusić obcasem iskierek", bo hobbici nie noszą butów ("heel" to i 'obcas', i 'pięta'); "barrows and handcarts" to nie "bryczki i podwody" ­hobbici byli za niscy na hodowlę koni - lecz "taczki i wózki", jak u Marii Skibniewskiej. Lobelia natomiast korzystała z "pony-trap" - nie bryczki, a dwukółki ciągniętej przez kucyka. Kuce były hobbitom doskonale znane. Gandalf nosił na głowie kapelusz ("hat"), a nie kaptur. Postać ta jest jedną z najwyraźniej opisanych oraz najczęściej przedstawianych i jeżeli ma coś na głowie, to kapelusz. Jerzy Łoziński nie zawsze dopasowuje się stylem do tonu powieści: u niego "Dziewięciu hasa po świecie" -w wykonaniu Upiorów Pierścienia hasanie wygląda śmiesznie; Bilbo wita Gandalfa bardzo współczesnym "Hej!". Być może wszystko to są drobiazgi, ale takie właśnie drobiazgi budują atmosferę powieści. Mam pretensje o to, że Jerzy Łoziński o nią nie zadbał. A także o zwykłe błędy językowe: "black steeds of the enemy" są u niego "stadami czarnych bestii", podczas gdy Tolkien miał na myśli "czarne rumaki wrogów". Lejce to część uprzęży zaprzęgowej -wierzchowcem kieruje się za pomocą wodzy. Dlaczego "mantelpiece" ('gzyms kominka'), wielokrotnie wspominany w opisie rozmowy Gandalfa i Frodo, został zmieniony w komodę i komódkę? To przecież dwa zupełnie różne obiekty! Dlaczego Gandalf uścisnął dłoń Frodowi, skoro według Tolkiena pomachał mu ręką? Dlaczego, starannie podawszy relacje między miarami długości, tłumacz zmienia tolkienowskie "seven yards as inch" na "cztery sążnie [...]jakby to była stopa"? Przecież "inch" to cal, czyli 24 mm, a stopa ma ich aż 280! Dlaczego przy opisie ogni sztucznych Gandalfa u Marii Skibniewskiej "Były zielone drzewa, którym słupy czarnego dymu zastępowały pień, liście rozwijały się nagle jakby w błyskawicznym wybuchu wiosny", a u Jerzego Łozińskiego "Wyrastały na niebie zielone drzewa o pniach z szarego dymu, których liście rozkładały się niczym sprężyny"? Chyba wiem: "spring" to i 'sprężyna', i wiosna' (ale i 'źródło'). U Tolkiena chodziło o wiosnę: "There were green trees with trunks of dark smoke: their leaves opened like a whole spring unfolding in a moment". Brakuje też konsekwencji w stosowaniu wołacza (nie mówiąc już o tym, że jego nie stosowanie jest błędem): "Skąd to znasz, Sam?" - "Ja także przepraszam, Gaduło." "Nie, Sam, nie jesteś Czarnym Jeźdźcem" - a na sąsiedniej stronie: "Obawiam się, Samie, że..."

Jerzy Łoziński gubi dowcipy. Ani Tolkien, ani Gandalf nie byli nadęci i potrafili żartować. Na przykład u Marii Skibniewskiej mamy, zgodnie z oryginałem: "Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie", a u Jerzego Łozińskiego zaledwie "Nie wszystkich z was poznałem przynajmniej w połowie tak dobrze, jakeście sobie na to zasłużyli." Dowcip językowy w nazwisku Proudfoot oparty na nieregularności liczby mnogiej rzeczownika "foot" 'stopa' (przez przegłos: "feet", a nie przez regularne dodanie końcówki "-s"), czyli zestawienie "Proudfoots" z "Proudfeet", u Skibniewskiej całkiem pominięty, w "Bractwie Pierścienia" wypadł blado: zestawiono formę "Hardostopczykowie" z "Hardostopachami". Bliższe intencjom autora byłoby coś w rodzaju "Dumnostopy" (na zasadzie "Cienistogrzywego") i liczba mnoga "Dumnostopi" oraz "Dumnostopowie". Zabawny dialog Marii Skibniewskiej "Będziesz miał oko na Froda, prawda?" - "Nawet parę oczu, w miarę możności" u Łozińskiego wszystko traci: "Będziesz miał na niego baczenie, prawda?" - "Oczywiście, jeśli tylko wzrok mi dopisze." Przecież Gandalf nie był ślepnącym starcem! A w oryginale jest: "You'll keep an eye on Frodo, won't you?" - "Yes, I will - two eyes, as often as I can spare them." W końcu zupełnie przepadł też żart ukryty w nazwisku Sackville-Baggins: Tolkien, znany gallofob, wyśmiewa się z arystokratycznego napuszenia tego francusko brzmiącego nazwiska i w zestawieniu go z niesympatyczna rodzina Lobelii robi z niego element całkowicie nie pasujący do angielskiej wsi. Jest to tym śmieszniejsze, że "Sackville" i "Baggins" znaczy mniej więcej to samo. Ani "Bagoszowie z Sakowa", ani "Bagginsowie z Sackville" nie są dobrym rozwiązaniem. Już chyba lepiej byłoby zostawić nazwisko w oryginale, bo jest w nim i element "saka", i brzmi z francuska.

Jerzy Łoziński miał szansę poprawić nieliczne lapsusy Marii Skibniewskiej. Przede wszystkim dobrze przetłumaczył tytuł książki - The Fellowship of the Ring to właśnie Bractwo Pierścienia, a nie Wyprawa. Udało mu się też pozbyć pola pieczarek na rzecz oryginalnego zagonu rzepy, na tym jednak sprawa pieczarek się nie kończy, bo Tolkienowe "he caught me several times trespassing after mushrooms" oddaje jako "złapał mnie kilka razy, jak szukając grzybów, zapędziłem się na jego ziemię", podczas gdy angielski tekst jednoznacznie mówi, że Frodo specjalnie się na owe grzyby - czy też pieczarki, które przecież rosną na łąkach -wyprawiał w celu kradzieży, i co uwzględniła Maria Skibniewska: "często przyłapywał mnie w szkodzie w swoich pieczarkach." Prawie się Jerzemu Łozińskiemu udało poprawić swoja poprzedniczkę przy nieszczęsnym "Gryfie" ("Shadowfax"),przemianowanym na "Szarogrzywego". Gorzej mu poszło z bardzo ważna gra słów oparta na "pity', wyrazie znaczącym i 'szkoda', i 'miłosierdzie'. Tak więc Tolkien pisze: "What a pity that Bilbo did not stab the vile creaturel" - "Pity? It was Pity that stayed his hand. Pity, and Mercy." U Marii Skibniewskiej mamy: "Jaka szkoda, że Bilbo nie zadźgał tej poczwary!" - "Szkoda? Przecież to litość wstrzymała wówczas jego rękę. Litość i miłosierdzie", a u Jerzego Łozińskiego: "Jaka szkoda, że Bilbo nie zadźgał tej kreatury." ­"Szkoda? To litość powstrzymała jego rękę. Litość i współczucie." Może lepsze byłoby coś w rodzaju: "Żałuję, że Bilbo..." - "Żałujesz? To właśnie żal..." itd.

Ja natomiast żałuję, że Jerzy Łoziński zrobił tak niestaranne tłumaczenie. Tolkien jest szczególnym pisarzem. Stworzył rozległy i pod każdym względem bardzo przemyślany świat. Chcąc rzetelnie przetłumaczyć cokolwiek z jego spuścizny trzeba się zapoznać z jej całości, (teraz już w pełni dostępna w języku angielskim, czego nie można było powiedzieć o czasach, kiedy tłumaczyła Maria Skibniewska) - mam tu na myśli głównie biografię i listy Tolkiena, pomocny jest także przewodnik-leksykon Encyklopedia Śródziemia Fostera. Z przykrością stwierdziłam, że nowe tłumaczenie pierwszego tomu Władcy Pierścieni sprawia wrażenie, że Jerzy Łoziński książek tych nie zna, a nawet że nie doczytał samej powieści do końca - bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że zmienia Baranduinę na Goranduinę, dopasowując tę nazwę do pomysłu nazwania Brandywiny Gorzawina? W Dodatku F wyraźnie jest wywiedziona etymologia obu nazw oraz jest napisane, że jakiekolwiek celowe skojarzenie nazwiska "Brandybuck" (związanego z Brandywiną z alkoholem jest dla tego rodu obraźliwe. Poza tym rzeka ta w języku elfów nazywa się Baranduin. Koniec, kropka. Podobnie rzecz ma się z pisownia. W przypisie do Przedmowy Jerzy Łoziński wyjaśnia, co i dlaczego (głównie w trosce o polskiego czytelnika) zmienił w pisowni języka elfów, podczas gdy w Dodatku E Tolkien swoją pisownię szczegółowo uzasadnia - przykład litery "c" i "k" odróżniają wyrazy z języka elfów od wyrazów z innych języków (jest to dla całej struktury językowej Władcy Pierścieni sprawa bardzo ważna). W Bractwie Pierścienia nie wiadomo, które imię pochodzi z którego języka. Zmiana "w" na "u" jest dyskusyjna - ja przynajmniej nie utożsamiam głoski zapisywanej przez "u" z głoską zapisywaną przez "ł" i "Aruena" czytam jak 'aru-ena'. Nic się chyba nie stanie, jeśli ktoś przeczyta "Arwena" jak "Elvis" (weźmy przykłady spolszczonych nazwisk Waszyngton czy Szekspir. Poza tym przykład Elvisa Presleya nie jest tu najszczęśliwszy, bo mało kto w Polsce wymawia jego nazwisko prawidłowo. Według zasady Jerzego Łozińskiego powinno się je pisać "Presli".) Natomiast rezygnacja z "th" na rzecz "t" jest zupełnie niedopuszczalna - w językach Tolkiena ten dźwięk przecież istnieje. A że tego dźwięku w polszczyźnie nia ma... Tolkien był głęboko przywiązany do swoich języków, cyzelował je bardzo starannie. Do tego stopnia utożsamił postać Luthien ze swoją żoną, że na jej nagrobku kazał wypisać to właśnie imię - Luthien. Ingerencja w pisownię tak ważnego dla Tolkiena imienia (a z nim wielu innych) naprawdę nie powinna była mieć miejsca. Podobnie "Otto", w który zmienił się "Otho" brzmi za bardzo z niemiecka (co jest sprzeczne z zamierzeniami Tolkiena). Na szczęście - a może przez niedopatrzenie - ocałał "Thorin" i "Thror", podobnie jak wszystkie "th" w inwokacji do Elbereth. Zmienienie natomiast "Lothlorien" w "Lotarorię" i "Lorien" w "Lorię", nazw, którym Tolkien nadał taką, a nie inną formę ze względu na ich miłe jego uchu brzmienie i znaczenie, jest wręcz pogwałceniem praw autorskich. Z drugiej strony bardzo mi się podoba zachowanie oryginalnych znaków diakrytycznych. To, że mogą one utrudnić czytanie, na szczęście nie zostało wzięte pod uwagę.

Mam też wrażenie, że tłumacz nie ufa swojemu autorowi, ponieważ potrafi coś opuścić albo dodać od siebie. Na przykład nie dowiemy się z "Bractwa Pierścienia", że po ucieczce przez bród na Bruinenie koń Glorfindela stał na straży nieprzytomnego Froda. Za to kiedy Obieżyświat u Marii Skibniewskiej "odparł" (u Tolkiena "said"), u Jerzego Łozińskiego "skrzywił się z powątpiewaniem". Dlaczego? I dlaczego Gandalf przydepnął kopertę z Pierścieniem, skoro Tolkien tego nie opisał?

Stosunkowo najmniej zarzutów mam do wierszy. Szczególnie podobały mi się te o Nimrodel, o Durinie, wiersz "Przy ogniu siedząc...", ponieważ zachowują rytmikę oryginału i są pozbawione nieco denerwującej maniery posługiwania się pokrętnym, barokowym stylem, tak wyraźnym w pieśni o Gil-galadzie. U Włodzimierza Lewika jest ona dość oszczędna w środkach, wierna oryginałowi, utrzymana w dobrym rytmie, natomiast u Jerzego Łozińskiego jest przeładowana emocjonalnie, czasami niejasna, ma zachwiany rytm. Z podobnych względów nie podobał mi się też wiersz o Luthien, gdzie ponadto ważnym elementem jest szalej (to wśród szaleju Tolkien spacerował po lesie ze swoją żoną), który u Jerzego Łozińskiego nie ocalał. Słowa Aragorna następujące po wierszu są tu bardzo na miejscu: "... To, co słyszeliście, jest tylko dalekim echem oryginału." Drobna nieuwaga przy czytaniu dwukrotnie pojawiającego się wiersza "Biorąc od drzwi swój poczatek..." (w oryginale stopy są raz "weary" - 'znużone', a raz "eager" - 'ochocze') sprawiła, że w Bractwie Pierścienia mamy dwa razy "obolałe", a w Wyprawie - dwa razy "skore". Przy tłumaczeniu wierszy, które w zamyśle Tolkiena były śpiewane, można też sobie pomagać muzyka ułożoną do nich przez Donalda Swanna i zaakceptowaną, przez autora.

Do mojej negatywnej opinii o Bractwie Pierścienia przyczyniają się też według mnie nietrafione tłumaczenia nazw własnych. "Łazik" to raczej wóz terenowy niż król na wygnaniu. Szare Nabrzeża tracą skojarzenia obecne w bliższej oryginałowi Szarej Przystani ("haven" to nie tylko 'port', ale i 'schronienie'). Sępna Puszcza ma dla mnie więcej coś z sępa niż oryginalnego mroku. Staroleń wygląda na złożenie (według zaleceń Tolkiena) "starego" z "jeleniem", ale za bardzo traci "leniem". W "Hardostopachach" za mało jest stóp, a za dużo pach. No i nie sadzę, żeby można było właściwymi nazwać skojarzenia, jakie mogą się nasunąć w związku z "Bagosznem". Wolę też, jeśli mieszkańców Numenoru nazywa się Numenorejczykami, a nie, jak u w "Bractwie Pierścienia", Numenoryjczykami.

Można powiedzieć, że czepiam się drobiazgów. Niestety, to nie ja, to one czepiają się mnie. Nie znam oryginału ani tłumaczenia Marii Skibniewskiej na pamięć i nie wyszukiwałam tych przykładów porównując oryginał z przekładem, a po prostu przerywałam czytanie, znalazłszy coś, co mi nie pasowało do całości, do atmosfery, do ducha oryginału. Tłumacz przede wszystkim jest winien szacunek autorowi, bez względu na to, czy ma do czynienia z pogardzanymi "arlekinami", czy z Władca Pierścieni. Tyle że w przeciwieństwie do "arlekinów" u Tolkiena liczy się naprawdę każde słowo, starannie wpasowane w dzieło. Wiadomo z jego listów, że bardzo się interesował przekładami swoich książek i nie życzył sobie żadnych ingerencji niezgodnych z jego intencjami. Jego stosunek do swego dzieła dobrze oddaje to, co w 1956 r. pisał w sprawie holenderskiego przekładu książki do swojego wydawnictwa: "Tekst Władcy Pierścieni (we wszystkich szczegółach) traktuję o wiele bardziej zazdrośnie [od Hobbita]. Nie zgodzę się na żadne zmiany, czy to większe, czy mniejsze, na żadne przestawienia czy skróty - chyba że zrobię je sam lub powstaną one w wyniku bezpośrednich konsultacji ze mną. Żywię głęboką nadzieję, że zostanie to wzięte pod uwagę." I: "Wyrażam absolutny sprzeciw co do "tłumaczenia" nazewnictwa (nawet przez osobę kompetentną). Ciekawe, dlaczego tłumacz miałby się czuć powołany czy uprawniony do czegoś takiego. To, że jest to świat "wyimaginowany", nie uprawnia tłumacza do przekształcania go według swego widzimisię, nawet jeśli w ciągu kilku miesięcy potrafiłby stworzyć nowa, spójną konstrukcję, której stworzenie zajęło mi całe lata. Zakładam, że gdyby hobbici mówili po włosku, rosyjsku, chińsku czy w jakimkolwiek innym języku, to zostawiłby nazwy własne w spokoju. [...)Przecież książka jest angielska, napisał ją Anglik, i prawdopodobnie nawet ci, którzy chcieliby przeczytać ją we własnej mowie, nie będą żądać od tłumacza, żeby celowo starał się zniszczyć koloryt lokalny. Ja o to tłumacza nie proszę."

Tłumacz nie może też sprowadzać czytelnika na manowce. A to łacno może się zdarzyć, jeśli badacze dzieł Tolkiena zbudują jakiś zakon religijny wokół postaci tajemniczego mnicha lub zaczną prowadzić dysputy na temat pogańskiego fatalizmu Tolkiena, skoro napisał książkę o tym, jak to w świecie bez nadziei (moc Mordoru zwycięży, niechciana) trzeba jednak robić swoje i gdzie mimo wszystko wybór jest bez znaczenia.

Przykro mi, że musiałam czasem użyć mocnych słów, ale Tolkien wymaga nadzwyczajnej staranności przekładu. I mimo niedociągnięć Marii Skibniewskiej, jej Wyprawę uważam za znacznie lepsza od Bractwa Pierścienia Jerzego Łozińskiego. Tłumaczenie to jest szlachetniejsze, bardziej powściągliwe, wierniejsze duchowi oryginału. I nie mogę nawet powiedzieć za krytykiem Fredzi Phi-Phi, że tłumacz zrobił kawał solidnej, nikomu nie potrzebnej roboty. Ta robota nie jest nawet solidna.